Jakub Ćwiek, „Panie Czarowne” – RECENZJA

21 sierpnia 1811 roku w Reszlu, położonym dzisiaj w województwie mazursko – warmińskim, zapłonął prawdopodobnie ostatni stos w Europie – spalono oskarżaną o czary Barbarę Zdunk. Polowanie na czarownice dobiegało końca, chociaż przetaczało się przez kontynent przez kilka wieków. Do tego, bardzo często zresztą eksploatowanego w różnych dziełach, filmowych czy literackich motywu, odwołuje się w swojej najnowszej książce, „Paniach Czarownych”, Jakub Ćwiek. Od razu dodam, że to bardzo twórcze przetworzenie i jedna z najciekawszych powieści o wiedźmach, jakie miałam okazję czytać.

Głuchołazy to mała miejscowość, położona pod granicą z Czechami. Spokojne miasteczko, w którym przed wiekami rozgrywały się dramatyczne wydarzenia i odbywały się procesy osób oskarżonych o czary, głównie kobiet. Wiele z nich powieszono, co dało tym, które miały prawdziwą moc, okazję do odradzania się w kolejnych wcieleniach, aż do czasów współczesnych… Większość mieszkańców nie jest świadoma, że żyją wokół nich. Mało tego, że mają realny wpływ na funkcjonowanie całego miasteczka. Jest ono objęte działaniem czaru, bez wiedzy czarownic nikt nie może do niego przyjechać. Dzieje się tak nie bez przyczyny  – polowanie na wiedźmy trwa bowiem dalej i muszą się one chronić. Betka, Lilka, Królewna i najstarsza z nich – Bunia, ten dziecięcy przydomek może być złudny, biorąc pod uwagę moc, jaką dysponuje. Oto lokalny sabat czarownic, na co dzień zajmujących się mniej pasjonującymi rzeczami, jak praca w zakładzie fryzjerskim.

Wiedźmy wyłoniły się spomiędzy drzew, szły równo, jedna obok drugiej, z oczyma lśniącymi krwistą czerwienią. Ich ciała, mokre od rosy i potu, skrzyły się w blasku księżyca: Betka i Królewna na srebrno, a idąca pomiędzy nimi Lilka na złoto. Jego Lilka. Za nimi niczym welon z mgły, sunęła ciemność, z każdym krokiem przybierając coraz bardziej ludzkie kształty. Niosły się też dźwięki: mlaskało błoto, którym obleczone były stare kości, zgrzytały kamienie, skrzypiały prężące się pnącza.

Wiele wysiłku kosztuje je podtrzymywanie zapory przed niechcianymi gośćmi. Nic dziwnego, bo ci, którzy pragną ich unicestwienia, są nieustępliwi i działają według misternie ułożonego planu.  Czy jak przed wiekami Głuchołazy ponownie spłyną krwią?

„Panie Czarowne” Jakuba Ćwieka to powieść z gatunku określanego mianem urban fantasy, aczkolwiek przestrzeń, w której się dzieje jest małomiasteczkowa, ze wszystkimi atrybutami nieodłącznymi dla takich małych społeczności. Autor tworzy opowieść o wiedźmach, korzystając z fragmentów prawdziwych historii, jakie wydarzyły się przed wiekami w Głuchołazach, bazując na badaniach dr. Pawła Szymkowicza. To właśnie on wyliczył, że w wyniku procesów o czary stracono tu co najmniej 22 osoby, w tym dwóch mężczyzn, jeszcze w czasach napoleońskich na Górze Szubieniczej stała szubienica, tu wieszano m.in. osoby powiązane z magią. Miejscowość rzeczywiście leży na tzw. szlaku czarownic i ma w herbie kozła.

Dwadzieścia dwie osoby. Dwadzieścia kobiet, dwóch mężczyzn. Bunia znała ich wszystkich, a z trojgiem wymieniała swego czasu pocałunki i sekrety. Siedmioro uprawiało to, co nazywano czarami. Leczyli, dodawali sił, pomagali w problemach miłosnych i użyczali swych ust cichym szeptom zmarłych. O dwojgu z powiedziano by dziś, że byli niespełna rozumu – w rzeczywistości mieli tego rozumu zbyt wiele. Wiele głosów. Wiele myśli. Czy były wśród nich te z diabelskim rodowodem? Trudno było stwierdzić.

Najmocniejszą stroną powieści są portrety wiedźm i pokazanie kobiecości z różnych stron – tej dojrzałej, doświadczonej i przepełnionej wiedzą, tej pełnej sił witalnych i czerpiącej z życia pełną garścią i wreszcie tej niewinnej, brutalnie zdeptanej u progu dorosłości. Imponują siłą, nawet jeśli czasem może się ona wydawać przerażająca. Ich działanie jest jednak znacznie bliższe ludziom, potrzebie ochrony słabych i ratowania zagubionych, niż tych, z Bogiem i gorejącym mieczem sprawiedliwości. Niezwykle czytelna i nieodłączna dla tego gatunku literackiego linia podziału na dobro i zło jest tutaj także wyraźnie związana z płciową tożsamością. Aczkolwiek podział ten jest przewrotny, bo prawdziwe zło jest zupełnie gdzieś indziej, niż mogłoby się pozornie wydawać.

Powieść czyta się jednym tchem, ale głęboko zapada w pamięć – ja od kilku tygodni noszę w obie refleksje na jej temat i zostaną ze mną na dłużej.

Ola

Recenzja powstała we współpracy z Wydawnictwem SQN.

Jakub Ćwiek, „Panie Czarowne”, Wydawnictwo SQN, Kraków 2021, liczba stron: 464.

 

3 komentarze do “Jakub Ćwiek, „Panie Czarowne” – RECENZJA

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.