Petr Stančik „Młyn do mumii” – RECENZJA

Petr Stančik „Młyn do mumii”, przeł. Mirosław Śmigielski, Stara Szkoła, 2016.

Tak absurdalnej, zabawnej i groteskowej, tak dziwacznej, a przy tym błyskotliwej i zadziwiającej książki chyba jeszcze nie czytałam. Niemal co stronę przecierałam oczy ze zdziwienia, a do wielu fragmentów wracałam kilkakrotnie, delektując się nimi niczym oryginalnym wiedeńskim tortem Sachera (który notabene występuje w książce jako jedna z rozlicznych rozkoszy kulinarnych). Więcej – co rzadko mi się zdarza – zaraz po przeczytaniu miałam ochotę zacząć lekturę od początku (pomysł ten zarzuciłam – oczywiście chwilowo! – tylko z powodu braku czasu).

Taką książkę mógł napisać tylko Czech!

Ale po kolei.

Jest noc noworoczna przełomu 1865 i 1866 roku. Komisarz praskiej policji, Leopold Durman, opuszcza gościniec Pod Rozszarpanym Wężem (gdzie biesiadował w towarzystwie Kociarzy, czyli członków stołowego stowarzyszenia Srebrnej Kotki). Punktualnie o północy ma się odbyć wielkie wydarzenie – uruchomienie nieczynnego od lat Orloja, zegara na Ratuszu Staromiejskim. I rzeczywiście, mechanizm zegara rusza, w niebo wzbijają się kolorowe fajerwerki i korki musującego wina, tłumy wiwatują. Uroczystość przeradza się  w żywiołowe świętowanie. A wtem, wśród odgłosów nocnych uciech wrażliwe ucho stróża prawa wychwytuje wołanie o pomoc. To ranny w głowę staruszek. Pokazuje ręką na „ciemną otchłań” (czyli nieoświetloną lampami gazowymi część miasta, żydowskie getto), mówiąc: „ziemia otworzyła się i cisnęła we mnie kamieniem”. Nieustraszony Durman rusza we wskazanym kierunku, jednak:

Już po kilku krokach postawionych w getcie nierówny bruk zaczął kołysać się komisarzowi pod stopami. Durman zatrzymał się, naciągnął kurek pistoletu i skontrolował kciukiem, czy mosiężna spłonka jest należycie osadzona. Oczy szybko przywykły do ciemności. Ujrzał, jak kostki brukowe wybrzuszają się i trą o siebie. Rozbrzmiał dźwięk przypominający wyciąganie korka z butelki i jedna kostka wystrzeliła w ciemność, gdzie po chwili wybiła okno. Antyczny nos Durmana został spowity trupim odorem. Kostki zaczęły wylatywać spod podeszw lakierek, szorstka powierzchnia jednego z kamieni otarła się o płatek uszny i zdarła zeń kawałeczek skóry. Smród gęstniał i stawał się namacalny. Durman zaczął wycofywać się, lecz noga poślizgnęła mu się i wpadła w coś obrzydliwie miękkiego.

Nasz komisarz najzwyczajniej w świecie wdepnął w trupa. Mało tego – ledwo utrzymał równowagę, usiłując oswobodzić obutą stopę spod kręgosłupa denata! Jak się wkrótce okazało, ktoś umieścił ludzkie ciało płytko pod brukiem. Ciało „do tego stopnia nadęte gazami gnilnymi, że pod ich ciśnieniem zwłoki zaczęły strzelać w powietrze granitowymi kostkami”.

Obrzydliwe? Makabrycznie absurdalne? A to dopiero początek.

Komisarz zaczyna przemierzać Pragę w poszukiwaniu mordercy, który nie poprzestaje na pozbawieniu życia jednej ofiary, a kolejne uśmierca w sposób tyle okrutny, co zagadkowy. Zakochuje się w pięknej i skromnej Libuszy Jedwabnej, a jego nieocenionym kompanem, wybawicielem z trudnych sytuacji, okazuje się najlepszy przyjaciel, autarkiczny detektyw Egon Alter (imię i nazwisko dość znamienne dla postaci literackiej, czyż nie?), którego obecność zawsze poprzedza „drażniąca, lecz bynajmniej nie nieprzyjemna woń kaszalota i bobra”. Podążający zaś tropem Durmana czytelnik odwiedza wraz z nim niezliczoną wręcz ilość miejsc rozkoszy kulinarnych (słynnych restauracji, gospód, karczm, szynków, jadłodalnii oraz zwykłych bab gotujących wprost na ulicy), a także miejsc rozkoszy cielesnych, których bohater zaznaje i w burdelach (mamy ich „Mumii” cały przegląd), i w domu, i na ulicy, i… gdzie popadnie. Komisarz jest bowiem wielkim miłośnikiem zarówno jednych, jak i drugich przyjemności. A ich opisy przeradzają się w powieści w często rozbudowane dygresje, opowiedziane z pasją, szokujące, ale też bawiące do łez.

Oszołomiona pomysłowością autora, postanowiłam zgłębić autentyczność najdziwaczniejszych potraw, które z lubością degustuje komisarz Durman, a które niejednego współczesnego smakosza mogłyby przyprawić o chroniczną niestrawność. Co się okazało? Przynajmniej znaczna część z nich to nie kulinarne fantazje autora. Jak chociażby „szyndysnowo”, czyli pieczony w ognisku jeż, cygański rarytas:

Przygotowanie tego przysmaku było genialnie proste. Zabitego jeża wypatroszyli, pusty brzuch nadziali ziołami przyprawami, świeżą koniczyną, grzybami, kapustą, jabłkami, boczkiem, czosnkiem niedźwiedzim, a czasem nawet całymi plastrami miodu, z tym że później, podczas jedzenia, musieli wypluwać spieczony wosk.

Na ściąganie skóry z jeża nie trzeba było tracić czasu, ponieważ oblepiono go ze wszystkich stron iłem, i tak powstałą kulę zagrzebano w rozgrzanych węglach. Kiedy mięso było upieczone, skóra i kolce odchodziły wraz z gliniana skorupką.

Podobnie sprawa ma się z opisami rozmaitych autentycznych miejsc, przedziwnych XIX-wiecznych wynalazków czy przywoływaniem żyjących niegdyś postaci (byłabym zdziwiona, gdyby okazało się, że opisując z lubością praskie burdele, autor również zasięgnął do historycznych źródeł – ale i tego nie można wykluczyć).

Wszystkie te historyczne smaczki i ciekawostki mieszają się w „Mumii” z literacką fikcją, będącą wytworem nieokiełznanej, w sposób barokowy wybujałej, niezwykłej wyobraźni pisarza, który podał czytelnikowi swoje własne danie. Powieść – zabawę, literacką grę, a do tego gatunkowy miszmasz. Mamy tu bowiem powieść kryminalną, elementy romansu, sensacji, powieści grozy, powieści podróżniczej, a nawet popularnych współcześnie thrillerów budujących tajemnicę wokół symboli zaczerpniętych z religii i kultury (ze słynnym „Kodem Leonarda da Vinci” na czele). A wszystko oczywiście przeinaczone, zironizowane, obśmiane. Naszemu komisarzowi daleko do swoich słynnych literackich poprzedników (cóż to za stróż prawa, któremu odstający brzuch i wydalane gazy przeszkadzają w pogoni za seryjnym mordercą!), wzniosłe uczucie łączące Libuszę i Durmana to oczywista parodia. Podobnie – z innymi wykorzystanymi przez Stančika motywami literackimi. Wszystko tu jest żartem, kpiną, a jednocześnie nawiązaniem. Mnóstwo tu znaczeń, o których nie sposób napisać, choć o wielu jeszcze miałabym ochotę (a wiele odkryję z pewnością dopiero przy kolejnej lekturze).

No cóż. W życiu nie zjadłabym jeża. Ani jagnięcego serduszka. Ani nic podanego bezpośrednio z krowiego łba. Nie wypiłabym piwa, wiedząc, że dla wzmocnienia smaku dodano doń wołowej żółci. Ale „Młyn do mumii” smakował mi jak mało która książka.

Agata

Za literacką ucztę w postaci egzemplarza książki dziękuję wydawnictwu Stara Szkoła!

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *