J. R. Ward, „Królowie Bourbona” – RECENZJA

Południe Stanów Zjednoczonych, wielkie pieniądze, równie wielkie ambicje, gorący romans i narastające napięcie. „Królowie Bourbona” J. R. Ward to opowieść o rodzinie Bradfordów – potentatów na rynku bourbona. Wydaje się, że to prawdziwi królowie życia – luksusowe auta, podróże do dowolnego miejsca na świecie, prywatne odrzutowce, służba, świat leży u ich stóp. Jednak w tym raju wiele rzeczy to tylko pozory, za nimi zaś skrywają się kłamstwa, oszustwa, okrucieństwo, a nawet przemoc.  Musimy Was ostrzec – uważajcie na tę książkę! Jest jak bourbon – ma złożony i bogaty smak, jest mocna i w dodatku można się od niej uzależnić!

Klan Bradfordów to stara amerykańska rodzina – od 1778 roku mieszkająca w ogromnej posiadłości Easterly w Charlemont, w stanie Kentucky. To tu od blisko dwóch i pół wieku Bradfordowie zajmują się produkcją bourbona, w tym czasie wypracowali najbardziej prestiżową markę tego alkoholu na świecie, dorobili się wielkiej fortuny, aż stali się korporacją, zarządzającą rozległymi interesami. Tradycją stało się też, że podczas corocznych Charlemont Derby rodzina organizuje uroczyste śniadanie, na którym obecne są gwiazdy polityki i biznesu, a wraz z nimi – bagatela –  siedemset innych osób.

Lizzie i Greta często żartowały, że w razie wojny jądrowej, gdy opadnie już grzyb atomowy, okaże się, że przetrwały tylko karaluchy, chipsy i… „śniader”.

Mówiąc jednak poważnie, wydarzenie to miało już tak długą tradycję i było tak ekskluzywne, że dorobiło się własnej marki, a miejsc na liście gości pilnie strzeżono i przekazywano je z pokolenia na pokolenie niczym rodzinne pamiątki. Zbierało się tam niemal siedemset osób, w tym przedstawiciele najzamożniejszych rodzin w mieście i w całym kraju, jak również członkowie elity politycznej. Wszyscy przechadzali się swobodnie po ogrodach Easterly, popijając kolejne koktajle na bazie Bourbona i mięty lub szampana i soku pomarańczowego. (…) Reguły śniadania były piękne w swej prostocie: obowiązkowe kapelusze dla pań, zakaz robienia zdjęć i zakaz wstępu dla fotografów oraz nakaz pozostawienia samochodów na łączce u stóp wzgórza, skąd ich pasażerów zabierały specjalnie podstawione furgonetki. Nie miało więc znaczenia, czy się przyjechało rolls-royce’em czy służbową limuzyną.

I właśnie na dwa dni przed 139. derbami w precyzyjnie naoliwionych mechanizmach rządzących tym światem pojawia się pierwszy zgrzyt, ale do rzeczy…

Po dwóch latach nieobecności na łono rodziny wraca Lane Bradford. Nie znosi on posiadłości, nade wszystko nie chce spotkać się z ojcem, jeszcze mniej zaś z niewidzianą od czasu wyjazdu żoną. Wraca, bo dostał wiadomość, że pogotowie zabrało Aurorę, nazwaną przez niektórych pogardliwie „czarną kucharką”. Zastanawiacie się, dlaczego akurat wieść o chorobie służącej spowodowała powrót syna marnotrawnego? Otóż, to nie jest zwykła służąca – czytelnik szybko orientuje się, że pełniła ona dla czwórki rodzeństwa (Edwarda, Maxa, Lane’a i Gin) rolę matki i ojca, zastępując w tej roli nieudolnych wychowawczo rodziców. Ojciec Lane’a – William – to okrutny tyran, rządzący rodziną i majątkiem żelazną ręką, matka zaś od lat funkcjonuje na pograniczu jawy i snu, nafaszerowana lekami (w książce obecne są liczne retrospekcje, ważne dla zrozumienia obecnych wydarzeń, wyróżnione kursywą). Równie szybko czytelnik zdaje sobie sprawę, że Bradfordowie mają wiele tajemnic, brak więzi rodzinnych między rodzicami a dorosłymi już dziećmi to zaś zaledwie czubek góry lodowej.

Ojciec uniósł dłoń do piersi. Ciężki sygnet, który nosił na dłoni, błysnął, jakby szykował się do akcji i czekał na bliższy kontakt ze skórą. Po chwili zaś Edward otrzymał elegancki, potężny cios wierzchem dłoni. Uderzenie było tak mocne, że jego trzask poniósł się echem aż do sali balowej.

– A teraz spytam cię ponownie: co tu robisz z moim bourbonem? – wycedził ojciec, podczas gdy Edward łapał równowagę, trzymając się za twarz.

Edward przez chwilę ciężko dyszał, a potem się wyprostował. Drżał na całym ciele, co było widać po falującej piżamie, ale stał mocno na nogach.

Odchrząknął i powiedział zachrypniętym głosem:

– Świętowałem Nowy Rok.

Po bladym policzku płynęła strużka krwi.

– W takim razie nie będę ci psuł zabawy – mruknął ojciec, wskazując pełną szklankę Lane’a. – Wypij to.

Równie ważna, jak Lane,  dla całej opowieści jest Lizzie King – zarządzająca ogrodami w Easterly. Przed dwoma laty wdała się w brzemienny w skutkach romans z Lanem – po burzliwym zerwaniu on zniknął z życia Bradfordów, ona mozolnie wracała zaś do równowagi psychicznej. Jej z takim trudem osiągnięty spokój, wraz z powrotem byłego kochanka, jest jednak poważnie zagrożony, zwłaszcza, że Lane najwyraźniej nie chce się pogodzić z ich rozstaniem, a jego małżeństwo wydaje się być fikcją. W tle zaś panuje chaos związany z organizacją prestiżowego śniadania, jedna z firm upiera się, że nie dostarczy namiotów, jeśli nie otrzyma płatności gotówką, do tego znika główna księgowa. To jednak dopiero początek problemów, spokój rodziny zaczyna się chwiać w posadach – wszystko wskazuje na to, że pobyt Lane’a  w znienawidzonej posiadłości znacznie się przedłuży…

Powieść J. R. Ward jest tak wielowątkowa i złożona, że każdy wstęp wydaje się być niewystarczający, z drugiej zaś strony nie chcemy pozbawiać czytelników przyjemności odkrywania krok po kroku zawiłości fabuły. Jest tutaj niemal wszystko – tajemnica, narastające napięcie, ognisty romans, pełnokrwiste postaci, nade wszystko jednak to opowieść o rodzinie i relacjach w niej panujących. Na pierwszym planie znajdują się co prawda postaci Lizzie i Lane’a, ale bardzo ciekawe nakreślone są też portrety pozostałych członków rodziny i mieszkańców Easterly, od rodzeństwa, przez główną rywalkę biznesową, po pracowników korporacji.  Autorka umieściła tutaj mnóstwo wątków, wiele zaledwie zarysowanych, które – na szczęście dla czytelników – będą z pewnością rozwijane w kolejnej części sagi.

„Królowie bourbona” to niezwykle wciągająca powieść, już dawno nie zdarzyło mi się tak bez reszty pogrążyć się w lekturze. Na szczególną uwagę zasługują,  moim zdaniem, portrety postaci, ale też dbałość autorki o szczegóły – opisy rezydencji czy ubioru zachwycają, niemniej ciekawe są jednak te związane z roślinnością, produkcją bourbona czy hodowlą koni. Mnie książka po prostu urzekła, nie mogę się wprost doczekać dalszego ciągu historii rodu Bradfordów, już mały fragment zamieszczony na końcu pierwszego tomu zapowiada niemałe emocje.

Ola

Moja ocena: 8/10

J. R. Ward, „Królowie bourbona”, przeł. Agnieszka Wilga, Wydawnictwo Marginesy, Warszawa 2017, liczba stron: 499.

2 myśli nt. „J. R. Ward, „Królowie Bourbona” – RECENZJA

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *