Audrey Carlan, „Dziewczyna na miesiąc” – RECENZJA

Audrey Carlan, „Dziewczyna na miesiąc. Styczeń – luty – marzec”, przełożyła Emilia Skowrońska, Wydawnictwo Edipresse Książki, 2017.

Tym razem proponujemy lekturę wyłącznie dla kobiet, dodamy od razu, bo to istotne – tylko dla DLA DOROSŁYCH kobiet.

„Dziewczyna na miesiąc” to powieść, która dopiero co ukazała się na rynku, to pierwsza z czterech części cyklu „Calendar Girl”, kolejny tom zapowiedziany został na kwiecień tego roku. Dla nas recenzowanie książki to spore wyzwanie, bo choć nasz blog skierowany jest do kobiet, to klasyczne romanse rzadko wpadają w nasze ręce. Ale „Dziewczyna na miesiąc” takim znowu typowym romansem też nie jest…

Bohaterką cyklu jest Mia Saunders, 24-latka, której los do tej pory nie rozpieszczał. Najpierw, gdy miała 10 lat, porzuciła ją matka – na jej barki spadł obowiązek opiekowania się młodszą o pięć lat siostrą, ojciec postanowił bowiem leczyć swoje smutki w kasynie i alkoholu. Później, w poszukiwaniu miłości, wdawała się w toksyczne związki, ostatni z nich jest zresztą przyczynkiem do całej historii. Jej ukochany okazał się niebezpiecznym bandytą, wplątał ojca – hazardzistę w olbrzymie długi, po czym przystąpił do egzekwowania należności zaczynając od ciężkiego pobicia ojca Mii. Ochroniarze gangstera nie zostawili dziewczynie złudzeń, albo spłaci dług ojca, albo członków jej rodziny spotka prawdziwe nieszczęście. Jakby mało było tego wszystkiego, to zadłużenie ojca sięga miliona dolarów. Gdzie młoda dziewczyna może zarobić takie pieniądze? Tu właściwie zaczyna się opowieść, Mia ma bowiem przedsiębiorczą ciotkę Millie, która prowadzi lukratywny biznes „Luksusowe Przyjaciółki”. To rodzaj wypożyczalni, tyle że nie aut, a kobiet – pięknych, zadbanych, reprezentacyjnych. Stawki za damskie towarzystwo przyprawić mogą o zawrót głowy, warto nadmienić, że przedmiotem umowy jest właśnie towarzystwo, każda z kobiet „wypożyczana” jest na dokładnie 24 dni. Ewentualne miłosne uciechy nie są przewidziane w kontraktach, kwestia ta zostaje do uzgodnienia między daną parą indywidualnie. Mia, choć decyzja nie przychodzi jej łatwo, decyduje się na podjęcie tego wyzwania – zaczyna pracę jako luksusowa dama do towarzystwa.

Następnego dnia wszystkich ogarnął szał. Czułam się jak postać grana przez Sandrę Bullock w Miss Agent. Popędzano mnie, peelingowano, woskowano i oskubywano z dotychczasowego życia. Czułam się jak ludzka poduszeczka na igły i niemal przywaliłam konsultantce urodowej, którą Millie zatrudniła do „naprawienia” mnie. To jej słowa, nie moje. Nie mogłam powiedzieć, że wysiłek się nie opłacił.

Tak „przygotowana” wyrusza na spotkanie z pierwszym mężczyzną – Westonem Charlesem Channingiem Trzecim, milionerem, scenarzystą kasowej serii filmów, który – nie mogło być inaczej – jest do tego powalająco przystojny. Mia od początku zadaje sobie pytanie, po cóż komuś takiemu dama do towarzystwa? Okazuje się, że decyzję o jej zatrudnieniu podjęła… matka Wesa, on sam jest bowiem w przededniu podpisania poważnego kontraktu na kolejną część hollywoodzkiego hitu, ma zaplanowaną serię spotkań i potrzebuje – tu kolejna niespodzianka – ochroniarza. Młody milioner cieszy się nadmiernym zainteresowaniem płci przeciwnej, kobiety wprost uganiają się za nim. Mia ma za zadanie je odstraszać i zapewnić mu spokój w czasie trudnych negocjacji biznesowych. Sprawy szybko się komplikują, bo Mia najpierw wdaje się w namiętny romans, a później odkrywa, że jest w Wesie zakochana i to ze wzajemnością. W klasycznym romansie tu historia powinna się skończyć, ale Mia jest bardzo dumna i uparta, wie, że musi spłacić swoje długi sama, dlatego wsiada w samolot i leci do następnego zleceniodawcy. Ten okazuje się ekscentrycznym (i oczywiście powalająco przystojnym) mężczyzną… Kolejny romans już wisi w powietrzu…

„Dziewczyna na miesiąc” to lektura, którą czyta się lekko i przyjemnie, największa w tym zasługa głównej bohaterki. Dziewczyna co rusz zaskakuje celnymi spostrzeżeniami, nie ma przecież złudzeń, co do tego kim jest i co tak naprawdę robi. Zachowuje przy tym jednak sporą dozę humoru i dystansu do samej siebie (od czasu do czasu na przykład określając się z przekąsem „bezmózgą Barbie”) – te właśnie cechy wydają się najbardziej odróżniać Mię od innej bohaterki poczytnego cyklu o namiętnym romansie, mam na myśli oczywiście Anastasię Steel. A że Mia Saunders postanawia przy okazji wykorzystać wszystkie okoliczności i nieźle się bawić, no cóż – któż by się oparł szpilkom od Prady czy zbudowanemu jak młody bóg milionerowi? 😉

Książkę „Dziewczyna na miesiąc” czytać należy ze sporym dystansem, a najlepiej z kieliszkiem wina. Jak uprzedzałyśmy na wstępie – to lektura dla dorosłych – zawiera bowiem (liczne!) pikantne (niczym najostrzejsze chilli!) opisy miłosnych igraszek. Jeżeli nie rumienisz się na myśl o wspomnianych opisach i szukasz ciekawego romansu – to jest lektura dla ciebie! Ola

Za egzemplarz książki dziękujemy wydawnictwu Edipresse Książki

 

4 myśli nt. „Audrey Carlan, „Dziewczyna na miesiąc” – RECENZJA

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *