Kevin Sands, „Klucz Blackthorna” – RECENZJA

Kevin Sands, „Klucz Blackthorna”, przeł. Aleksandra Stan, Wilga, 2017.

Sięgając po „Klucz Blackthorna” miałam duże oczekiwania. XVII-wieczna Anglia, uczeń aptekarza, szyfry, tajemnicze receptury i morderstwa. To się powinno udać! – myślałam.
I… Rzeczywiście się udało. Debiutancka powieść Kevina Sandsa, zapowiadana jako pierwsza część serii (ach, jak to dobrze!), jest po prostu świetna.

Główne wydarzenia powieści rozgrywają się na przestrzeni kilku czerwcowych dni 1665 roku w Londynie. Dwunastoletni Christopher wychował się w sierocińcu. Miał jednak więcej szczęścia niż inne dzieciaki i został przyjęty jako uczeń przez aptekarza Benedicta Blackthorna. Ma mnóstwo obowiązków, od świtu do nocy studiuje księgi i uczy się, sprząta, dogląda aptekarskiego dobytku, nawet obsługuje klientów w sklepie. Ale nie może narzekać – jego mistrz jest nie tylko mądry i świetny w swoim fachu, jest też dla Christophera po prostu dobry. Dzieląc z Benedictem dach nad głową, pobierając od niego nauki – chłopak po raz pierwszy w życiu może czuć się jak w swoim własnym domu.
Nasz bohater ma też wspaniałego przyjaciela, Toma, syna piekarza, z którym spędza każdą chwilę wolną od pracy. Wierny i oddany Tom zazwyczaj ulega pomysłom przyjaciela, a tych Christopher ma bez liku. Niestety często kończą się one kłopotami.
Wkrótce jednak okazuje się, że czas beztroski dla Christophera się skończył. W Londynie ma miejsce seria tajemniczych zabójstw, w dodatku dokonanych na aptekarzach! Krążą pogłoski, że odpowiedzialny jest za nie Kult Archanioła. Mistrz Benedict zaczyna zachowywać się inaczej niż dotychczas. Zagadki piętrzą się, a dramatyczne wydarzenia już na zawsze zmieniają losy chłopaka, który musi użyć całej swojej inteligencji, całej zdobytej wiedzy i sprytu, by stawić czoło naprawdę niebezpiecznym i potężnym siłom. Na szczęście może liczyć na pomoc Toma, a mistrz Benedict nauczył go nie tylko sztuki aptekarskiej, ale innych bardzo przydatnych umiejętności: odczytywania szyfrów, spostrzegania tego, co dla innych niezauważalne, a przede wszystkim – myślenia o dwa kroki naprzód.
„Klucz Blackthorna” łączy w sobie elementy powieści przygodowej, kryminalnej, historycznej, a nawet tzw. powieści płaszcza i szpady (tak, tak, nieco starszy czytelnik momentami może mieć skojarzenia ze słynnymi powieściami Aleksandra Dumas). Akcja toczy się wartko, mnóstwo w niej niespodziewanych zwrotów i zaskoczeń. Autor świetnie buduje napięcie, stopniowo odsłaniając niewiadome. Fakt zaś, że wydarzenia rozgrywają się w domostwie aptekarza (pełnym starych ksiąg, mikstur, zaszyfrowanych spisów receptur), na ulicach i w domach XVII-wiecznego miasta – nadaje książce aurę tajemniczości.
Bardzo duży plus należy się za nawiązanie do angielskiej historii, religii i tradycji. Mowa jest o panującym ówcześnie królu, nazywanym „Wesołym Monarchą”, niestroniącym od rozrywkowego życia (a był nim wówczas cieszący się taką opinią Karol II Stuart), mowa jest o obozie przeciwnym królowi – o „zdrajcach Cromwella”, wspomina się o świętach religijnych, tradycjach (jak Dzień Dębowego Jabłka) i ważnych wydarzeniach. Nie są to jednak fakty dominujące i na pewno nie utrudniają lektury. Czynią ją za to barwniejszą i ciekawszą.
Kevin Sands bez wątpienia znalazł recepturę na świetną powieść młodzieżową. Ale – uwaga, uwaga! – z przyjemnością przeczyta ją także czytelnik, który do tej grupy wiekowej już dawno się nie zalicza (co własną osobą potwierdzam).
Z niecierpliwością czekam na kolejną część!

Zabookowana Agata

Ocena: 7,5/10

 

2 myśli nt. „Kevin Sands, „Klucz Blackthorna” – RECENZJA

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *