M. M. Cabicar „Dziecko w wieku przedszkolnym” – RECENZJA

Drogi Czytelniku! Jeśli masz dziecko albo dzieci, w dodatku w wieku przedszkolnym, pośmiejmy się razem przez łzy, przez gile strumieniem z nosa płynące, przez zakichane chusteczki, mając przed oczami wszystkie te problemy, których nie mieliśmy, zanim nasze najukochańsze pociechy pojawiły się na świecie…

A jeśli, Drogi Czytelniku, nie masz dzieci, to po pierwsze nie słuchaj kąśliwych uwag dzieciatych, że niby już czas, albo że jesteś egoistą (niewykluczone, że przemawia przez nich po prostu zazdrość), a po drugie nie obawiaj się sięgnąć po tę książkę! Ubawisz się doskonale – gwarantuję, choć bez wątpienia opisana w niej rzeczywistość wyda ci się nieco dziwna, a być może nawet zupełnie abstrakcyjna.

„Dziecko w wieku przedszkolnym” to zbiór niezwykle zabawnych opowiadań, publikowanych początkowo w Internecie jako anegdoty opowiadane przez ojca trzyletniej Wiki. To nie dziewczynka jednak, choć trzeba przyznać wyjątkowo urocza, jest główną bohaterką książki, a jej ojciec właśnie, czeski autor M. M. Cabicar, będący jednocześnie narratorem opowiadań. I to z jego perspektywy, perspektywy taty, poznajemy perypetie sympatycznej, trzyosobowej rodziny (bo jest jeszcze mama Viki), której sytuacja radykalnie zmienia się, odkąd pojawiło się dziecko, i która w momencie rozpoczęcia opowieści staje przed wyjątkowym (tak, tak, wyjątkowym!) wyzwaniem, jakim jest pójście dziecka do przedszkola. Ta perspektywa narratora jako rodzica – mężczyzny jest bardzo ciekawa, nie zdarza się przecież często w literaturze. Ba! Wydaje się, że w codziennych realiach roli taty poświęca się mniej uwagi, że ojcowie mają prawo czuć się nieco zagubieni, o czym z właściwym sobie humorem i ironią przekonuje Cabicar:

Zrozumieć mnie może tylko inny mężczyzna. Facet, który od chwili, gdy okaże się, że jego żona jest w ciąży, czuje się jak totalny fajtłapa. Wokół niego zaczyna się dziać mnóstwo rzeczy, a on zazwyczaj nie ma najmniejszego pojęcia, jak powinien się zachować. To jest jak jazda na spłoszonym koniu, który niesie nas gdzieś w nieznane, a my nie potrafimy go zatrzymać. Możemy tylko próbować utrzymać się w siodle.
Wszystkie te lata cierpień, spychania w cień i dyskryminacji wypływają na placach zabaw, bo mamy nie rozmawiają z mężczyznami. Ich głównym tematem są bóle piersi lub spadek wagi po porodzie. Nawet w gabinetach ginekologicznych, w których mężczyzna towarzyszy żonie, nie jest traktowany równoprawnie. Kiedyś na Marię zstąpił Duch Święty i od tego czasu wszyscy mają wrażenie, że dzieje się to codziennie, bo mężczyzn nikt nie bierze pod uwagę. Po prostu otwierają się drzwi, wpychają wam w ramiona żonę, załamaną i płaczącą, a wy nie macie pojęcia, o co chodzi. A żeby mężczyzna w pełni odczuł, jak niepotrzebny jest w czasie porodu i jakie koszty ponosi szpital z powodu obecności takiego absolutnie zbytecznego niezdary, przysparzającego wszystkim dodatkowej pracy, ów przyszły ojciec musi za obecność przy porodzie swego dziecka zapłacić. Chociaż tak naprawdę wcale nie chce tam być. A skoro już o tym mowa – nie chce tam być również jego żona. Cóż ona by dała, żeby nie musieć tam iść.

Gwoli ścisłości trzeba jednak dodać, że Cabicar nie jest stereotypowym tatą, który znaczną część dnia spędza w pracy, poza domem, opiekę nad domowym ogniskiem oddając kobiecie. Cabicar jest pisarzem, choć jak sam mówi również analitykiem (co jedynie potwierdza rzecz ogólnie wiadomą, a mianowicie że z pisania trudno jest utrzymać rodzinę). Jego miejsce pracy znajduje się w domu, a wychowaniu trzylatki oddaje się przynajmniej w równym stopniu jak jego żona. Co więcej, właśnie bycie pisarzem, a raczej człowiekiem obdarzonym umiejętnością myślenia abstrakcyjnego, kreatywnym, z otwartym umysłem, pozwala mu na ocenę rzeczywistości, tej codziennej, czasem kłopotliwej, czasem bardzo trudnej, z dużym dystansem i humorem. Ta umiejętność okazuje się niezwykle przydatna, gdy jego córeczka, Wiki, rozpoczyna edukację przedszkolną.

A przedszkola, Drodzy Czytelnicy, prawdopodobnie funkcjonują podobnie na całym świecie, a już na pewno w Czechach wyglądają niemal identycznie jak te, które ja znam z własnych obserwacji. W przedszkolu, czeskim czy polskim, może być, i owszem, trudno odnaleźć się dziecku. Jestem jednak niemal pewna, że rodzicom przedszkolaka bywa o wiele trudniej. Musi poradzić sobie nie tylko z emocjami swojej pociechy (i z własnymi!), z rzeczywistością przedszkolną, która mi osobiście wielokrotnie wydawała się delikatnie mówiąc abstrakcyjna, no i z jednym z największych wyzwań rodzica dziecka w wieku przedszkolnym – niekończącymi się chorobami.

Trzylatków używa się w przedszkolu zamiast kociołka do przygotowania wojny bakteriologicznej:. Możecie dbać o higienę swoich dzieci ze wszystkich sił, a one i tak przyciągną gila przez trzy ulice, a do wózeczka dla lalek włożą martwego gawrona. Dzieci w przedszkolu, oprócz tego że się bawią, wymieniają się wirusami. Wiki wymieniła dwie ptasie grypy na jeden katar. Niezły interes.

Na wszystkie te problemy nie ma nic lepszego jak lektura „Dziecka w wieku przedszkolnym”! To książka, która może wręcz spełnić funkcję terapeutyczną. Serio! I nie tylko dlatego, że jest bardzo zabawna, a śmiech to zdrowie. Także z tego powodu, że zbawienne dla cierpiącego jest poczucie, iż nie jest w swoim cierpieniu sam, że inni mają podobnie. Lepiej męczyć się „wespół w zespół” niż samotnie. To prawda oczywista.

(…) kiedy macie niemowlę – czerpiecie radość z płaczu innego niemowlęcia. Najpierw szybko się rozglądacie, a potem nadchodzi to odświeżające i jednocześnie odprężające uczucie, że to nie wy musicie uspokajać dziecko. Nagle krzyk obcego dziecka zaczyna brzmieć jak rajska muzyka, a wy siedzicie i uśmiechacie się. Niech czasem pomęczy się też ktoś inny.

Czytając tę recenzję, możecie mieć wrażenie, że momentami nieco sobie kiepkuję. Myślicie być może, że skoro książka jest zabawna (a bez wątpienia jest!), to i ja usiłuję utrzymać tych kilka zdań o niej w żartobliwym tonie. Jeśli tak rzeczywiście myślicie – macie rację. Nie oznacza to jednak, że cokolwiek tu powiedziałam, minęłam się z prawdą. Równie dobrze wszystko mogłam próbować wam przekazać w śmiertelnie poważnym tonie. Tylko po co? Wychowanie dziecka, o czym wie każdy rodzic, bywa niewyobrażalnie trudne, niesie mnóstwo codziennych trosk i dylematów. Bywa bardzo, bardzo ciężko (choć i wspaniale rzecz jasna). Warto więc – za M. M. Cabicarem – założyć różowe okulary, warto spojrzeć na własną rodzinę z dystansem, ba!, nawet obśmiać rodzicielskie problemy i siebie jako rodzica. Zwłaszcza, że zewsząd docierają do nas publikacje, programy telewizyjne, przekazy internetowe, traktujące o wychowaniu dzieci bardzo na serio. Przygotowane przez psychologów, pedagogów, przedstawiające modele, schematy, porady – wiedzę, którą warto posiadać, ale która czasami jest przytłaczająca. Bo nie da się być rodzicem doskonałym, można za to – jak czeski autor – być rodzicem uśmiechniętym, rodzicem optymistą, rodzicem z wyobraźnią i polotem, choć popełniającym błędy. Niewykluczone, że dzięki temu właśnie wychowamy szczęśliwe dziecko, a przynajmniej wyposażone w potężną broń przeciwko życiowym trudnościom – w uśmiech.

Agata

M. M. Cabicar, „Dziecko w wieku przedszkolnym”, przeł. Mirosław Śmigielski, Wydawnictwo Stara Szkoła, 2018, ilość stron: 232.

Za możliwość PATRONOWANIA tej niezwykle zabawnej, ale i mądrej książce dziękuję wydawnictwu Stara Szkoła!

2 myśli nt. „M. M. Cabicar „Dziecko w wieku przedszkolnym” – RECENZJA

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *