Miroslav Pech „Uczniowie Cobaina” – RECENZJA PRZEDPREMIEROWA

Zdarza się tak, że niepozorne, niewielkich rozmiarów książki, napisane językiem, który nie ma nic wspólnego z popisową erudycją słynnych mistrzów pióra, czytane szybko i łatwo – robią duże wrażenie i zaprzątają myśli znacznie, znacznie dłużej niż trwała ich lektura. „Uczniowie Cobaina” czeskiego autora, Miroslava Pecha, mają ogromną szansę stać się takim właśnie literackim zaskoczeniem. Wydawnictwo Stara Szkoła, specjaliści od książek zza naszej południowej granicy, po raz kolejny przybliżają polskiemu czytelnikowi ciekawą i oryginalną odsłonę czeskiej literatury. Jeśli zastanawiacie się, czy warto poznać się z „Uczniami Cobaina” bliżej, podpowiadamy – warto!

To historia, przypominająca nieco dziennik, opowiadana przez bezimiennego narratora, będącego najpierw dzieckiem, siedmio- czy ośmioletnim chłopcem, potem nastolatkiem i wreszcie młodym dorosłym. Jest jednym z wielu, „dzieckiem Czarnobyla” (rocznik 1986), przedstawicielem pokolenia postkomuny, mieszkańcem małego miasteczka. Jego rozwój naznacza najpierw telewizja i kreowani przez nią bohaterowie, potem muzyka, rock, punk, grunge, i idole muzycznej sceny, uwielbiani przez tłumy. Chce walczyć jak Bruce Lee, być jak Winnetou czy Arnold Schwarzenegger, potem przeistacza się w Johna Lennona, Kurta Cobaina… Nawiązuje przyjaźni, zakłada muzyczne kapele, sięga po papierosy, alkohol, narkotyki. W szkole czuje się outsiderem. Eksperymentuje, doświadcza niemal wszystkiego, czego doświadczyć może młody człowiek, zbuntowany i poszukujący, nonszalancki, naiwny. Epizod za epizodem – bo z nich składa się w całości powieść – czytelnik podąża za narratorem przez jego życie. Trudno mu przy tym się nie uśmiechnąć, czasem wręcz zaśmiać w głos, bo historia opowiadana jest językiem charakterystycznym dla wieku opowiadającego (który notabene zmienia się wraz z jego rozwojem), ale i ze specyficznym humorem, celną autoironią. Śmieszą obrazki z podwórka czy szkoły, kolejne nazwy zespołów – Zerwana Struna czy Objawy Odstawienia – śmieszą niewybredne, buńczuczne teksty piosenek („No, dostałem z buta prosto w fiuta, boli – mnie to – Nie chciałem tego, pecha mam i stało się to – Hej – Ty – Jak mogłeś mnie tak zlać  – Ja  – Sie  – Teraz z bólu moge zesrać – Dlaczego wybrałeś  –  Na swojego buta mego fiuta…”). Ale w którymś momencie, pędząc wraz z narratorem przez kolejne opisy eskapad, wybryków, pijackich czy narkotycznych imprez, czytelnik zaczyna się orientować, że jest już nie tylko śmiesznie. Jest też strasznie. Orientuje się, że być może dał się nieco zwieść, że jego czujność została uśpiona pozornie infantylną i lekką historią. Tymczasem ona zaczyna przerażać.

Dlaczego? – to wydaje się oczywiste. Opowieść snuta jest niemal bez komentarza, niemal w formie dokumentu życia, ale perspektywa czytelnika pozwala przecież wyciągać wnioski. A do czego prowadzić może nadużywanie alkoholu, zażywanie halucynogennych grzybków i innych niebezpiecznych substancji – to jasne. Ta „karuzela młodości” – jak trafnie określił wydawca w opisie książki – musi się przecież kiedyś zatrzymać. Dla niektórych postaci powieści zatrzymuje się gwałtownie: „Ten chłopak miał siedemnaście lat i więcej mieć nie będzie”. Okazuje się wówczas, że życie na krawędzi może prowadzić wprost do śmierci. Że nie jest ona tylko abstrakcyjnym pojęciem, które można obśmiać,  jak wtedy, gdy fioletowa kumpela postanawia umrzeć na kamiennym krzyżu, który stoi niedaleko jej domu, a na przeszkodzie stoi fakt, że już wisi tam Jezus. Albo wtedy, gdy członkowie zespołu postanawiają w przyszłości popełnić wspólnie samobójstwo, co uczyni z nich jeszcze większą legendę.

Ale przerażają nie tylko możliwe scenariusze rozwoju wydarzeń  (niekoniecznie śmierć, ale i chociażby  trwałe zmiany w mózgu czy stoczenie się na margines społeczny). Jeszcze bardziej przeraża albo raczej zasmuca jakaś beznadzieja wpisana w historię. Entuzjazm młodego człowieka, wiara w to, że jego życie potoczy się w niezwykły sposób, że będzie kimś wielkim – wywołuje pobłażliwy uśmiech. Jednak czytelnik już wie to, co narrator dopiero powoli zacznie sobie uświadamiać. Nie będzie kolejnym Johnem Lennonem ani Kurtem Cobainem, a jego życie najprawdopodobniej potoczy się w kierunku, od którego tak usilnie próbuje uciec.

Zapalam fajkę i na chwilę zamykam oczy. Próbuję. A nuż stanie się cud. Otwieram oczy. Nie, cud się nie stał. Łąki to nie prerie. Zza drzew może wyjść najwyżej grzybiarz albo spacerująca rodzinka. W krzakach skrywa się najwyżej zużyty kondom, drogi dla dyliżansów to w rzeczywistości dziurawe szosy, po których gnają przerażająco nieromantyczne autobusy, jastrzębia zastąpił na niebie ogłuszający bombowiec lecący do Afganistanu, a ja nie jestem Winnetou, Clintem Eastwoodem ani Sandokanem. Nie jestem żadnym bohaterem bez lęku i skazy.

W zabawnych „Uczniów Cobaina” wpisana jest rozpacz – tym większa, że dotyczy ona całego pokolenia (już sam tytuł, a także tytuły rozdziałów pisane są w liczbie mnogiej), a przynajmniej tej jego części, która usiłuje w jakiś sposób odmienić zwykłość, szarzyznę życia. Prawdopodobnie dlatego kumple bohatera, ci, z którymi chce i spędza czas, są kolorowi: biały, czerwony, czarny, różowa, beżowa… To młodzież postkomuny – nie znająca reżimu, ale i pozbawiona przez nową rzeczywistość celu, więc poszukująca go chociażby w narkotycznych wizjach. To też młodzież z małego miasteczka, które jak wszędzie na świecie nie stwarza swoim mieszkańcom szerokich perspektyw.

W mieście jest kilka barów, jeden hotel z klubem fitness, osiem straganów wietnamskich, jeden jubiler, sklep z butami i odzieżą, dwa sklepy mięsne, jedna cukiernia, jedna księgar­nia połączona z wypożyczalnią kaset wideo, jedna biblioteka i dwa burdele. Miasto przeżywa złote czasy.

Powieść Miroslava Pecha to książka, która śmieszy, przeraża, budzi nostalgię. Jej język i konstrukcja – pozornie proste, niewyszukane – są w rzeczywistości precyzyjne i przemyślane, współgrają z procesem dorastania bohatera i zmieniającym się tempem narracji. Jest to także bardzo ciekawy portret generacji i małomiasteczkowego świata, z którego obok pragnącej kolorowego życia młodzieży, obok widzianych gdzieś w tle rodziców, zwykłych ludzi, wyłaniają się postaci z marginesu, odrażające i barwne jednocześnie: żule, alkoholicy, wariaci, jak Krokodyl, żywa legenda – „alkoholik najwyższej miary”, a także „słynny erotoman, kucharz okrętowy i marynarz”, czy Peltycz – świr, którego niedawno wypuścili z wariatkowa, trzymając w ręku kawał surowego mięsa: „wchodzi do baru w sa­mych majtkach, a na uszy ma naciągnięte zielone skarpetki”. Autentyczność tego portretu podnoszą niewątpliwie elementy autobiograficzne (choć mimo wielu zbieżności z życiorysem autora, książka czystą autobiografią nie jest*).

Doprawdy – aż trudno uwierzyć, ile treści mieści się w tej niepozornej książeczce. Przekonajcie się sami! Agata

*http://www.literarky.cz/literatura/222-literatura/24574-rozhovor-divoke-psani-miroslava-pecha#.WXngumBr904.facebook

Ocena Zabookowanych: 8/10

Miroslav Pech, „Uczniowie Cobaina”, tłum. Mirosław  Śmigielski. Wydawnictwo Stara Szkoła, 2017, ilość stron: 198. Książka pod patronatem medialnym www.zabookowane.pl

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *