Elizabeth Strout „Trwaj przy mnie” – RECENZJA

Rok 1959. Nowa Anglia. Miasteczko West Annett, „na północy, nad rzeką Sabbanock, w górnym jej biegu, gdzie nurt jest wąski, a zimy trwają szczególnie długo”. Pastor Tyler Caskey przeżywa trudne chwile. Ból po utracie ukochanej żony, Lauren, próbuje złagodzić miłością Boga, ciężką pracą, jeszcze większym niż dotąd zaangażowaniem w sprawy wiernych. Prostoduszny, skromny, o przyjemnej aparycji, był dla nich dotąd wsparciem i autorytetem. Choć urodziwa Lauren zdawała się nie przystawać do mieszkańców małego miasteczka, wielebny był bez wątpienia, i nadal jest, bardzo im oddany. Czy po śmierci żony i on może liczyć na pomoc?

Początkowo tak. Wierni wyciągają pomocne dłonie do swojego pastora, współczują, wykazują się zrozumieniem. Z czasem jednak wokół osoby Tylera wytwarza się dziwna, nieprzyjemna atmosfera, na którą on sam nie ma wpływu. Co gorsza, starsza z jego dwóch córeczek, Katherine, zaczyna sprawiać kłopoty. W domu cicha i grzeczna, poza nim, w przedszkolu czy szkółce niedzielnej, wzbudza niepokój opiekunów. Wcześniej zdawać by się mogło przyjazna społeczność West Annett zaczyna szeptać. Pojawiają się plotki, domysły, podejrzenia… W postępowaniu wielebnego, odbieranym do tej pory jako nienaganne, jako wzór wręcz postawy purytanina, niedbającego o wartości doczesne, przedkładającego dobro innych nad własne, złe oczy parafian zaczynają dopatrywać się drugiego, brudnego, dna.

Elizabeth Strout w „Trwaj przy mnie”, swojej drugiej chronologicznie powieści, bierze pod lupę społeczność małego miasta i rysuje jej portret, a robi to w sposób tak precyzyjny i obrazowy, że niemal namacalny. Ale nie tylko mnogość szczegółów, oddanie specyficznego klimatu czy hierarchii małomiasteczkowego środowiska, czyni ten portret tak pełnym i ciekawym. Może w większym stopniu jeszcze – pokazanie, jakie mechanizmy zachowań powodują mieszkańcami West Annet. Wśród nich zaś rzecz jasna wścibstwo, plotki, pochopna ocena drugiego człowieka. Bo choć życie w miasteczku wydawać może się monotonne, wręcz nudne, pod powierzchnią pozorów aż kipi od złych emocji. I to one właśnie – ludzkie cierpienia, rozczarowania, dramaty – kazały obrócić się trzódce dobrotliwego pastora przeciwko swojemu duchowemu przewodnikowi.

„Ludzie są wrogo nastawieni. Muszą się na kimś wyżyć, szczególnie gdy wyczują słabość u tego, kto powinien być silny” – mówi Charlie Austin, jeden z ważnych bohaterów powieści. I wydaje się, że może mieć rację. Pastor, którego uwielbiano i ceniono, po trosze staje się kozłem ofiarnym. Kimś, na kogo można przenieść swoje frustracje. A tych w życiu mieszkańców West Annett, jak w życiu każdego człowieka, jest wiele. Strout mistrzowsko oddaje te ludzkie komplikacje – w „Trwaj przy mnie” obok Tylera Caskey’a pojawia się cała plejada świetnie zarysowanych postaci, uwikłanych we własne grzeszki, niedoskonałości, życiowe błędy i społeczne oczekiwania. I to właśnie – przemyślana konstrukcja postaci i znakomite osadzenie ich w małomiasteczkowych realiach – czyni książkę tak interesującą. Sama akcja powieści rozwija się bowiem nieśpiesznie, bardzo niespiesznie – by nie powiedzieć nużąco. Gwoli sprawiedliwości trzeba powiedzieć jednak, że mniej więcej w połowie tekstu atmosfera powieści tak się zagęszcza, a autorka tak umiejętnie potęguje nastrój niepokoju (aż do dość zaskakującego finału), że czytelnik właściwie zatapia się w tekście, choć wydarzenia wcale nie przyspieszają w spektakularny sposób.

Mamy wreszcie w powieści problem wiary – tego, w jaki sposób może prowadzić człowieka przez życie, jak go kształtuje i także – jakie stwarza pułapki. Tyler Caskey to niewątpliwie pozytywna postać, a sytuacja życiowa, w jakiej umiejscowiła go autorka, sprawia, że trudno mu nie współczuć. Z drugiej strony może budzić w  pewne rozdrażnienie – przynajmniej ja momentami miałam  ochotę mocno nim potrząsnąć. Wiara w boską opatrzność, wiara w ludzi, uczyniła go bowiem ograniczonym, ślepym, wręcz naiwnym. W konsekwencji zaś – doprowadziła do rozczarowań i załamania. Nie oznacza to jednak, że Strout postawiła w swojej powieści czytelne odpowiedzi. Nie, wręcz przeciwnie, pomimo pozornie nieskomplikowanej fabuły, stworzyła opowieść wielowymiarową, z wieloma wątkami pobocznymi, dając czytelnikowi pole do własnych dociekań i wniosków. Do czego oczywiście zachęcam, zwłaszcza miłośników powieści obyczajowej głęboko osadzonej w realiach.

Agata

Elizabeth Strout, „Trwaj przy mnie”, przeł. Ewa Westwalewicz-Mogilska, Wielka Litera, Warszawa 2018, liczba stron: 367.

Za możliwość lektury dziękuję wydawnictwu Wielka Litera!

 

3 myśli nt. „Elizabeth Strout „Trwaj przy mnie” – RECENZJA

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *