John Boyne, „Nawiedzony dom” – RECENZJA PREMIEROWA

Rok 1867, Anglia, czasy wiktoriańskie. Eliza Caine to młodziutka nauczycielka, której właśnie umiera ojciec. Z miejsca decyduje się objąć posadę guwernantki gdzieś w Norfolk. Dom, do którego przybywa jest jednak przedziwnym miejscem, podobnie jak jego mieszkańcy. Eliza powoli odkrywać będzie tajemnice tego miejsca, a z każdą kolejną będzie robiło się coraz mroczniej i straszniej. „Nawiedzony dom” Johna Boyne’a to historia z tzw. dreszczykiem, a momentami może nawet i więcej. Świetnie napisana powieść grozy, udanie nawiązująca do XIX-wiecznych tradycji literackich, aż prosi się o lekturę i odkrycie tego, co skrywa na swoich kartach. Czytelnik jest świadomy tej zabawy konwencją, ale powieść jest tak doskonale skonstruowana, że bardzo szybko daje się wciągnąć w tę zabawę. To rozrywka na najwyższym poziomie. Zabookowane objęły książkę PATRONATEM MEDIALNYM i polecamy ją bardzo serdecznie Waszej uwadze.

Winą za śmierć mojego ojca obarczam Charlesa Dickensa.

Ojciec Elizy szaleńczo wprost zakochany jest w prozie Dickensa. Nie zważając zatem na dość poważne przeziębienie udaje się na spotkanie z ulubionym pisarzem. Niestety – londyńska aura, pełna zimna i deszczu, w połączeniu z silnymi emocjami okazuje się być ponad możliwości organizmu starszego pana. Dziewczyna zostaje zatem całkiem sama na niezbyt przyjaznym dla młodych, niezamężnych i ubogich dam świecie. Na domiar złego okazuje się, że dom, w którym mieszka nie jest nawet własnością jej rodziny, musi się niemal z dnia na dzień wyprowadzić. Ogarnięta rozpaczą, pod wpływem chwili postanawia odpowiedzieć na lakoniczne ogłoszenie w prasie o posadzie guwernantki. Odpowiedź przychodzi natychmiastowo, wsiada zatem w pociąg i udaje się do hrabstwa Norfolk. Już na peronie, po jej przybyciu, mają miejsce dziwne wydarzenia.

Gdy odwróciłam się, by zejść z peronu, dotarło do mnie, iż nie mam pojęcia, gdzie jestem. (…) Gdy z sercem na ramieniu ruszyłam przed siebie, nagle rozległ się ogłuszający gwizd lokomotywy i przeraźliwy krzyk. Przerażona, poczułam na plecach czyjeś dłonie. Popchnęły mnie z całej siły. Zachwiałam się i niemal upadłam, ale trzecia dłoń pociągnęła mnie za łokieć. Zatoczywszy się, wpadłam na ścianę, a kiedy się o nią oparłam, mgła natychmiast zaczęła rzednąć. Ujrzałam przed sobą mężczyznę, który tak stanowczo mną szarpnął. – Dobry Boże, panienko! – zawołał. Rysy jego twarzy były ładne, a spojrzenie uprzejme. Miał na sobie eleganckie okulary. – Nie widziała panienka, gdzie idzie? Prosto na tory! Przecież to pewna śmierć!

Eliza ma jednak głęboko pragmatyczny charakter i prędko tłumaczy sobie, że ktoś musiał ją po prostu przypadkowo popchnąć w owej gęstej mgle, która zresztą natychmiast zniknęła. W końcu trafia do posiadłości Gaudlin Hall, pięknego, rozległego domostwa, które wydaje się jednak czasy świetności mieć już dawno za sobą. W drzwiach zastaje dwójkę przyszłych podopiecznych – Isabellę i Eustace’go Westerley. Wydaje się jednak, że poza dziećmi w domu nie ma nikogo. Dziewczyna wkrótce odkrywa, że rzeczywiście jest jednak w domu całkiem sama, to pierwsza z zagadek, którą musi rozwikłać, co się stało z ich rodzicami? Ale to nie koniec pytań i mnożących się tajemnic. Już pierwszej nocy czyjeś zimne ręce będą próbowały wyciągnąć ją z łóżka, żaden z mieszkańców pobliskiej miejscowości nie chce rozmawiać z dziewczyną na temat rodziny Westerley. Z luźno rzuconych uwag orientuje się jednak, że jest już szóstą opiekunką, która pojawia się w Gaudlin Hall w ciągu ostatnich miesięcy. Prawda o losie wcześniejszych guwernantek zmrozi jej krew z żyłach, ale to nic w porównaniu z… O nie, więcej nie mogę Wam zdradzić, odebrałabym Wam przyjemność z lektury, a jest ona wielka!

„Nawiedzony dom” Johna Boyne’a to powieść z 2013 roku, natomiast powiedzieć trzeba, że autor bardzo umiejętnie nawiązuje do stylu i klimatu XIX-wiecznej prozy, odnosząc się do modnych wówczas powieści grozy czy tradycji literackiej w duchu Dickensa. Polskiemu czytelnikowi znany jest być może ze swojej najważniejszej książki, poruszającego „Chłopca w pasiastej piżamie”. Ten światowy bestseller opowiada o przyjaźni żydowskiego chłopca, więźnia obozu koncentracyjnego i syna niemieckiego oficera. Wybór tematu i stylistyki „Nawiedzonego domu” był, przynajmniej dla mnie, dużym zaskoczeniem. Powieści te są skrajnie różne, choć przyznać trzeba, że obie świetnie napisane.

Opowieść o Gaudlin Hall jest wzorcowym przykładem tego, co nazywa się powieścią „z dreszczykiem”. Jest tu zatem mroczna tajemnica starego rodu, puste domostwo, zamykające się nagle, bądź niedające się otworzyć drzwi, dziwne odgłosy i szepty zza ściany, pojawiająca się znikąd mgła czy wicher, tylko potęgujący nastrój. Nie mogło zabraknąć gburowatego stajennego, czy mieszkańców wioski, którym przy samej nazwie posiadłości leci wszystko z rąk. Do tego wszystkiego są jeszcze dzieci. Eustace to w zasadzie słodki malec, choć jego spostrzeżenia mrożą czasem Elizie krew w żyłach. Natomiast Isabella robi naprawdę upiorne wrażenie postaci nie z tego świata. Ta para doskonale dopełnia klimatu całości.

W progu stała młoda dziewczynka, dwunastoletnia mniej więcej, czyli starsza niż moje dawne uczennice. Była blada, a mimo to niezwykle śliczna. Kręcone włosy opadały jej na szczupłe ramiona, przesłonięte białą koszulą nocną, zapiętą pod szyją i sięgającą aż do kostek. Gdy tak stała, zapalone w westybulu świeczki oświetlały ją od tyłu, dodając drobnemu ciału tajemniczej poświaty. Muszę przyznać, że wyglądała jak zjawa i wzbudziła we mnie pewne obawy. (…)Podskoczyłam, gdy dziewczynka zamknęła za mną drzwi, bo nie spodziewałam się tak donośnego trzaśnięcia. Szybko odwróciłam się w stronę domowniczki i nagle zalała mnie kolejna fala lęku. Spodziewałam się bowiem, że moja podopieczna będzie sama. Nie. Stał przy niej mały chłopiec ubrany w taką samą, śnieżnobiałą koszulę nocną. Był młodszy od dziewczynki o około cztery lata, więc założyłam, że jest jej braciszkiem. Skąd jednak się wziął? Pojawił się jakby znikąd. A może wcześniej stał ukryty za drzwiami?

Narracja „Nawiedzonego domu” prowadzona jest przez Elizę Caine. To dwudziestojednoletnia, właśnie osierocona nauczycielka, żyjąca w samym środku epoki wiktoriańskiej. W powieści wyraża ona jednak poznać dość osobliwe, jak na czasy, w których dzieje się akcja, poglądy. Nie dość, że mocno stąpa po ziemi, nie popada w histerię przy byle okazji (a ma ich aż nadto), podejmuje odważne decyzje, gdy trzeba wchodzi w ostry spór z diakonem. Jej myśli podążają często intrygującym tropem: Czyżby doprawdy nie słyszał nigdy o panu Dickensie? Ale jeśli tak, to jak to możliwe? Czy pan Cratchett wiedział o czymkolwiek, co działo się na świecie? O kim jeszcze nie słyszał? O papieżu? O królowej Victorii?

Kwestie feministyczne i emancypacyjne najmocniej wskazują na rodowód powieści z XXI wieku. Czasem można odebrać to jako pewne przymrużenie oka do czytelnika, ale wydaje się, że kwestie równościowe mają duże znaczenie dla Boyne’a (jego ostatnia książka, „My Brother’s Name is Jessica”, opowiada o transpłciowej dziewczynie). Chyba dlatego wprowadza tego rodzaju uwagi, czyniąc postać Elizy jeszcze bardziej nietuzinkową.

Powieść czyta się jednym tchem, czasem mając przy tym zimny deszcz na plecach. Ale po to są chyba książki z gatunku grozy?

Ola

Recenzja powstała we współpracy z Wydawnictwem Stara Szkoła

John Boyne, „Nawiedzony dom”, tłum. Dorota Lachowicz, Wydawnictwo Stara Szkoła 2019, ilość stron:  347. PATONAT MEDIALNY ZABOOKOWANYCH

2 myśli w temacie “John Boyne, „Nawiedzony dom” – RECENZJA PREMIEROWA

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *