Jacek Dehnel, „Ale z naszymi umarłymi” – RECENZJA

Jacek Dehnel, jeden z najciekawszych polskich pisarzy młodego pokolenia, głównym tematem swojej powieści „Ale z naszym umarłymi” uczynił zombi. Jeśli uwielbiacie filmy czy książki z tym motywem i szukacie typowego horroru, książka ta może Was rozczarować. Dla autora żywe trupy to tylko pretekst do – czasem bardzo gorzkich – rozważań o współczesnej Polsce. I tak, jest tutaj momentami bardzo strasznie. Tylko że wcale nie z powodu tego, że zmarli wstają z grobu.

W kamienicy w samym sercu Krakowa mieszka para homoseksualistów – Tomek, od lat pogrążony w pisaniu doktoratu i Kuba, pracujący jako dziennikarz w lokalnej telewizji. W domu tym można jednak spotkać całą galerię ciekawych typów ludzkich, to taki mały przegląd naszego społeczeństwa (motyw ten często spotykany jest w literaturze). Jest więc zatem „prawdziwa” rodzina, w której hołduje się wartościom takim jak Bóg, ojczyzna i honor, ze wskazaniem na to pierwsze, z nastoletnią córką Kamilą, która popołudniami opracowuje kolejne nienawistne wlepki, głównie wymierzone w sąsiadujących z nią gejów. Na kolejnych piętrach można spotkać Panią Lolę, nadrabiającą stracony czas na Uniwersytecie Trzeciego Wieku i licznych kursach i jej niezbyt sympatycznego małżonka, Mundka, który „nienawidzi serka wiejskiego”. Na ostatnim piętrze, w rozległym apartamencie, mieszkają Dorota i pochodzący z Wielkiej Brytanii Kenneth, w suterenie zaś samotny inwalida, pogrążony w  marazmie, Pan Waldek. Dla historii ważna jest jeszcze postać Elżuni, singielki i lekarki, przyjaciółki Tomka i Kuby. Wszyscy oni żyją sobie we względnej symbiozie, aż nadchodzi moment, w którym zmieni się historia Polski i świata.

W pewną marcową noc, we wsi Cikowice mieszkańcy odkryją dewastację kilku grobów na miejscowym cmentarzu. Nie byłoby to może aż tak niespotykane, gdyby nie fakt, że wszystko wskazuje na to, że zostały one rozwalone od środka. Wkrótce jasne staje się, że mieszkańcy cmentarnych kwater jakby ożyli. Incydenty tego rodzaju powtórzą się w całym kraju, najpierw będą to pojedyncze przypadki, później będzie ich o wiele więcej. Po różnych badaniach i teoriach władze w końcu muszą przyznać, że oto objawiły się nam zombie.  Tylko takie mocno nietypowe, w każdym razie, jeśli wziąć pod uwagę to, jak przedstawiane są zwykle w filmach czy literaturze.

Owszem, wyglądały jak z wszystkich filmów o zombich, ale niewiele ponadto: nie rzucały się na ludzi, nikogo nie atakowały ani ugryzieniem nie zmieniały w kolejnych zombiaków. Żyły nie wiadomo jaką siłą, jaką przemianą materii – jak rośliny, jak zahibernowane zwierzęta, jak grzyby? Mimo usilnych i niezliczonych prób nie udało się także nawiązać z nimi żadnej niemal nici porozumienia (co bardzo cieszyło rozmaitych spadkobierców, bo nie dawało szans na procesy i reprezentowanie zombie przez adwokatów w sądzie). Nie odpowiadały na pytania, nie rozpoznawały bliskich, nie reagowały na żadne niemal bodźce. Jedyne, co działało, to gesty wspólnotowe: więc na dźwięk odtwarzanego hymnu zombi stawały trochę do pionu i jakby na baczność, niektórym łza zakręciła się pod zgniłą powieką.

Fenomen ten szybko określono mianem „Powrotu” i równie szybko okazało się, że zmarli wstają tylko z „tej ziemi” i dotyczy on wyłącznie osób narodowości polskiej. Cóż za wspaniały powód do narodowej dumy – w końcu przydarzyło się coś, co uczynić może Polskę rzeczywiście narodem wybranym. Antenaci – jak z szacunkiem nazywać zaczęli ożywione trupy wszelkiej maści politycy, prasa, a w końcu i zwykli obywatele, nie pojawili się jednak tak zupełnie bez powodu…

Jacek Dehnel w „Ale z naszym umarłymi” przedstawia apokaliptyczną wizję świata, czego nie ukrywa od pierwszego zdania książki:

W ostatnich chwilach życia, widząc, jak znany im świat kończy się trochę z hukiem, a trochę skomleniem, każde z nich miało wracać do dni s p r z e d: sprzed apokalipsy, sprzed katastrofy, sprzed rapczeru, sprzed przemiany, sprzed triumfu, sprzed Powtórnego Przyjścia, sprzed tego, co określano – tak długo, jak było komu, co określać – wieloma słowami, z których żadne nie przynosiło wyjaśnienia. Drugi marca, o czym nikt z nich wówczas nie wiedział, był z tych dni ostatnim.

Autor bardzo często zresztą wybiega w przyszłość, wprowadzając do akcji liczne postaci, umieszcza uwagę o czasie i sposobie śmierci. Jakby chciał odebrać czytającemu wszelką nadzieję na jakikolwiek pozytywny finał tej historii. Nie mamy złudzeń – to po prostu nie może skończyć się dobrze. Najważniejszym pytaniem jednak jest, o czym tak naprawdę pisze Jacek Dehnel. Odpowiedź na nie jest bardzo trudna, jest tu bowiem tak wiele wątków, że być może dla każdego powieść ta może być po prostu o czymś innym.

Współczesna Polska w „Ale z naszym umarłymi” jawi się przede wszystkim jako kraj, gdzie stawać należy na baczność do hymnu, nie zaszkodzi później zaintonować „Barkę”, nie należy się przy tym wychylać z jakimiś odmiennymi poglądami czy prowokacyjnymi pytaniami. Jest tu zarysowana szeroka warstwa społeczna, obyczajowa, polityczna, relacje międzyludzkie – naprawdę jest z czego wybierać. Jacek Dehnel ma dużą łatwość w operowaniu słowem, jego portrety ludzi są zachwycające, nierzadko ujawnia też swoje poczucie humoru. Powieść jest jednak bardzo mroczna i gorzka, diagnoza, którą zdaje się stawiać autor, może naprawdę przerazić, a już na pewno skłonić do głębokiej zadumy.

Ze wszystkich materiałów przebijała duma, duma, narodowa duma, że to fenomen wyłącznie polski, że zwłoki wychodzą tylko z ziemi, tej ziemi, że oprócz Chopina, Kopernika i pierogów wreszcie jakiś nowy, rdzennie piastowski cud mamy, od filmowców tak czekany, od popkultur ogłoszony, od narodów upragniony, wieszczony przez hollywoodzką kinematografię i wysokonakładowe powieści, ukazujące się u nas wyłącznie jako przekłady, a tu proszę, proszę, jest zombi! Nasz ci on! Na całych pism szpaltach – my, na wszystkich kanałach – my, na biało – czerwono – my, od Paris po London – my.

Wybór kostiumu, jakim jest historia o powstałych z grobu Polakach, jest rodzajem gry z czytelnikami. Oczywiście, można czytać tę książkę jako kolejną powieść o zombi. Motyw ten jest przecież szalenie popularny w kulturze masowej – w filmie (wspomnieć należy kultowy „Świt żywych trupów”, jest nawet wersja komediowa „Zombieland”), serialu („The Walking Dead”) czy literaturze („Przegląd końca świata” Miry Grant). Dehnel zręcznie go wykorzystuje, raczej jednak trzeba to wszystko wziąć w ironiczny i przewrotny nawias. Tytuł powieści to cytat z Marii Janion, pojawia się on zresztą jako motto: „Do Europy – tak, ale razem z naszymi umarłymi”.  Na spotkaniu z czytelnikami, w ramach wydarzeń związanych z Gdyńską Nagrodą Literacką, Jacek Dehnel na pytanie, dlaczego napisał tę książkę, odpowiedział krótko: „a mieszka Pan w Polsce”? Czy zatem to możliwe, że tacy właśnie jesteśmy?  Czyżbyśmy nigdy nie mieli się pozbyć narodowych kompleksów, trwając w uporczywym przywiązaniu do symboli, w poczuciu, że lepiej wstać (z kolan?) nawet martwym, niż budować przyszłość bez ciągłego oglądania się wstecz? Sama się nad tym głowię, odkąd skończyłam czytać książkę i nie umiem znaleźć wystarczająco dobrej odpowiedzi.

Ola

Recenzja postała we współpracy z Wydawnictwem Literackim.

Jacek Dehnel, „Ale z naszymi umarłymi”, Wydawnictwo Literackie, Kraków 2019, liczna stron: 317.

2 thoughts on “Jacek Dehnel, „Ale z naszymi umarłymi” – RECENZJA

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *