Katarzyna Berenika Miszczuk, „Ja, ocalona” – RECENZJA

Katarzyna Berenika Miszczuk po ośmiu latach od wydania książki „Ja, potępiona” opublikowała ostatni tom, wieńczącego serię diabelsko – anielską – „Ja, ocalona”. O pierwszych częściach cyklu pisałyśmy tutaj. Czwarty tom dobrze wpisuje się w klimat roku 2020, który przyniósł światu wielki niepokój, autorka nawiązuje w nim zresztą do aktualnych wydarzeń, w tym do pandemii koronawirusa. Ale seria ta to przede wszystkim rozrywka, także nie martwcie się, że poczujecie się w czasie lektury zbytnio przygnębieni. Jeśli znacie i lubicie poprzednie tomy, to po ten sięgnąć musicie koniecznie. Cała historia znajduje tu swój finał i dodam, że jest to zakończenie bardzo udane.

Dziesięć lat po tym jak Wiktoria Biankowska trafia do Tartaru i z niego ucieka, ale pozostaje duszą potępioną, zawieszoną między Niebem a Piekłem, można powiedzieć, że w jej życiu zapanowała względna stabilizacja. Abo względna nuda. Rozstała się z ukochanym diabłem, Belethem, w żadnym ze światów nie czuje się dobrze, w związku z tym niemal nie wychodzi z domu. Na pewno nie pomógł jej niewyparzony język, za sprawą którego pokłóciła się ze wszystkimi (i wszędzie), a także mniej lub bardziej skrycie rzucane spojrzenia istot pozaziemskich. No w końcu dusza potępiona, paradująca bez cienia wstydu po Niebie, to nie jest częste zjawisko. Z kolei w Piekle nie zapomnieli o Iskrze Bożej, dzięki której Wiktoria unicestwić może każdego diabła. Nie ma się zatem co dziwić, że z radością przyjmuje propozycję pracy jako główna prowadząca i trenerka w programie Top Angel, dla niebiańskiej telewizji. Reality show z setek kandydatek wyłonić ma trzy anielice, jako konkurencję dla diablic w targach o duszę. Niestety, szybko okazuje się, że uczestniczki wyróżnia przede wszystkim uroda, intelekt zgubił się gdzieś po drodze, a Wiktoria zamiast dobrej zabawy raczej zgrzyta zębami i wyrywa sobie włosy z głowy. Tymczasem po dekadzie odsiadki z arkadyjskiego więzienia wychodzi Azazel. Na przepustce dopuścił się pewnego brzydkiego psikusa, orzeczono, że potrzebny mu będzie kurator. Kto lepiej dopilnuje go niż była diablica? Wiktorii w tym zadaniu pomagać będzie Uzjel, przystojny i tajemniczy cherub. Przy okazji spotka też byłego ukochanego. Na horyzoncie rysować zaczyna się potencjalny romans i to wszystko mogłoby się nawet Wiktorii spodobać, gdyby nie okazało się, że Lucyfer postanowił uruchomić tryb Apokalipsy. Dziewczyna stanie się jednym z trybików w szatańskim planie, sama jednak będzie chciała zrobić wszystko, żeby do końca świata mimo wszystko nie doszło.

Nic nie rozumiałam. Trzymałam w ręku niemożliwie pomięty list motywacyjny, zaświadczenie lekarskie, a także niedokończone podanie o pracę na stanowisku jednego z Jeźdźców Apokalipsy. Azazel zaczął wypełniać kwestionariusz piórem z czerwonym atramentem. Drukowanymi literami wypisał imię, a potem uzupełniał poszczególne rubryczki krzywymi kulfonami, jakby miał dysgrafię. Atrament w kilku miejscach się rozmazał, miałam wrażenie, że podczas pisania drżała mu ręka.

Przeczytałam, że wnioskował o przyznanie mu imienia Śmierci. Jeźdźców było czterech. Każdy z nich nosił inny tytuł, a dokładnie imię. Byli to Zaraza, Wojna, Głód i Śmierć.

Reszty dokumentu diabeł jeszcze nie wypełnił, więc nie wiedziałam na przykład, jakie argumenty chciał zamieścić w polu: „Jak uważasz, dlaczego to właśnie Ty powinieneś zostać Jeźdźcem Apokalipsy?”.

– Co to jest? – wydusiłam, kiedy wrócił do gabinetu, niosąc na tacy dzbanek z herbatą i dwie filiżanki.

Katarzyna Berenika Miszczuk, po dziesięciu latach od premiery pierwszej części, powróciła do cyklu diabelsko-anielskiego i go definitywnie zakończyła (chociaż nigdy nie mów nigdy, ale rzeczywiście seria wydaje się być zamknięta). Jak sama pisze w nocie Od Autorki na końcu książki, bała się, że nie uda jej się nawiązać do klimatu i języka, jakim się wtedy posługiwała. Dodatkowo wydarzenia roku 2020 – katastrofy naturalne, konflikty, a wreszcie pandemia, dodały powieści bardzo aktualnego kontekstu, pogłębiając apokaliptyczny klimat. „Ja, ocalona” w moim odczuciu to bardzo dobra kontynuacja, mam nawet wrażenie, że ta dość długa przerwa wyszła autorce na dobre. Widać, że wraz z upływem czasu koncepcja tylko zyskała, a główna bohaterka przeszła korzystną metamorfozę, dojrzała i wydoroślała.

Cała seria wpisuje się w gatunek paranormal romance, ale w ostatnim tomie tego romansowania jest jakby mniej. Bez obaw, Wiktoria nadal przeżywa sercowe rozterki, są one jednak na drugim planie. Na pierwszym zaś rozgrywa się walka o świat, która jest trochę niepokojąca, ale przede wszystkim ciekawa. To powieść w dużej mierze przygodowa, z bardzo wciągającą fabułą. Katarzyna Berenika Miszczuk w tle umieszcza sporo interesujących i mniej znanych szczegółów, związanych z Pismem Świętym, na przykład podział anielskich chórów. Istoty te, w zależności od chóru, do którego przynależą, mają swoją rangę i charakterystykę, autorka sporo uwagi poświęciła też Apokalipsie św. Jana, jako swoistemu przewodnikowi po końcu świata.

„Ja, ocalona”, jak już wspomniałam, to bardzo dobre zakończenie cyklu, być może przez swą aktualność część ta podobała mi się najbardziej ze wszystkich. Jako ciekawostkę mogę dodać, że wydawnictwo dało serii nową szatę graficzną, autorstwa Katarzyny Ewy Legendź. Pomyślano jednak o czytelnikach cyklu posiadających w swoich biblioteczkach pierwsze opracowanie i czwarty tom dostępny jest z dwiema okładkami, do wyboru. Z doświadczenia wiem, że nic tak nie irytuje, jak widok na półce niepasującej części cyklu, także to gest warty docenienia.

Ola

Recenzja powstała we współpracy z Wydawnictwem W.A.B.

Katarzyna Berenika Miszczuk, „Ja, ocalona”, Wydawnictwo W.A.B., 2020, liczba stron: 416.

 

1 myśl w temacie “Katarzyna Berenika Miszczuk, „Ja, ocalona” – RECENZJA

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *