Magdalena Witkiewicz, „Czereśnie zawsze muszą być dwie” – RECENZJA

O książkach Magdaleny Witkiewicz mówi się, że są plasterkiem na duszę. W bibliotece wpadła mi w ręce jej powieść „Czereśnie zawsze muszą być dwie”, postanowiłam zatem sprawdzić, na czym polega fenomen popularności tej pisarki. I… muszę powiedzieć, że przepadłam bez reszty. W tej książce jest wszystko: miłość – szczęśliwa i złamane serca, historia wielkiej przyjaźni, tajemnica z przeszłości, a nawet postaci nie z tego świata. Akcja po części dzieje się w moim ukochanym Gdańsku, co okazało się dodatkowym atutem (chociaż nie miałam o tym pojęcia, sięgając po „Czereśnie…”). Jeśli szukacie lektury, która ogrzeje Wasze serca przy tej niesprzyjającej aurze za oknem, to nie mogliście trafić lepiej.

Główną bohaterką powieści jest Zosia Krasnopolska, córka lekarzy, dziewczyna nieco wycofana ze szkolnego towarzystwa i trochę przez nie wyśmiewana. Kiedy raz postanawia być „równą” kumpelką i idzie z klasą na wagary, zostaje – jakże by inaczej – przykładnie ukarana. Przy aprobacie surowych rodziców, w ramach prac społecznych, odwiedzać ma z obiadami starszą panią. Ot, zwykła historia, jakich pełno w życiu każdego ucznia. Ale nie dla Zosi – to pozornie błahe wydarzenie zaważy bowiem na całym jej życiu.

Gdy dzisiaj myślę o pani Stefanii, uśmiecham się. Wspominam tę drobną kobietę z ogromnym sercem i wielką duszą. Kiedy myślę o moich życiowych wyborach wiem, że za każdym z nich stoi właśnie ona. Nigdy nie narzucała mi niczego, ale umiała zadawać właściwe pytania. Odpowiedź na nie często poszerzała moje horyzonty i otwierała oczy na świat.

Pani Stefania bardzo szybko zauważyła, że jestem uzdolniona artystycznie. Rodzice odkryli moje muzyczne talenty, o innych nie wiedziałam. Nie pamiętam, co było impulsem do tego, że pierwszy raz zaczęłyśmy coś robić wspólnie. Była skarbnicą pomysłów. Tuż pod oknem stał wielki dębowy kufer, w którym trzymała włóczki, tkaniny, dzianiny, równo zwinięte wstążki i przepiękne koronki.

Znajomość z panią Stefanią, która zacznie się w takich okolicznościach, będzie dla nieco samotnej dziewczynki wielkim darem, znajdzie przyjaciółkę, dla starszej pani stanie się zaś niemal córką, której nigdy nie dane było jej posiadać. Nic zatem dziwnego, że po latach zapisze Zosi cały majątek. Oprócz mieszkania w falowcu, na gdańskim Przymorzu, przypadnie jej w udziale rozsypująca się willa w Rudzie Pabianickiej pod Łodzią. Zosia ucieknie tam, lecząc złamane serce, prędko okaże się, że dom ma bardzo zawiłe dzieje, odkrywając je dziewczyna odnajdzie prawdę o sobie samej, a może nawet własne miejsce na ziemi.

„Czereśnie zawsze muszą być dwie” to wielowątkowa historia, w której czasy współczesne przeplatają się z retrospekcjami z dwudziestolecia międzywojennego. To taka opowieść, przy której czytelnik trochę się śmieje, często wzrusza, a czasem dostaje gęsiej skórki, pod wpływem wydarzeń z powieści. Nie żartuję – autorka tak umiejętnie wprowadza aurę tajemniczości, że siedząc w wannie pełnej gorącej wody, nagle zrobiło mi się zimno. Nie tyle ze strachu, ale jednak… to chyba nazwa się powieścią „z dreszczykiem”. Z czym ów dreszczyk jest związany, najlepiej odkryjcie sami, nie chcę pozbawiać Was tej przyjemności.

Magdalena Witkiewicz w (obszernych!) podziękowaniach opisuje przygotowania, jakie poczyniła, przygotowując się do pisania powieści. Warto je przeczytać, uzmysławiają bowiem, jaka to czasem bardzo żmudna i czasochłonna robota.

No i ta Ruda Pabianicka zaczęła mi kiełkować w głowie. Najpierw „na sucho”. Dużo czytałam, przeglądałam Forum Sympatyków Rudy Pabianickiej (dziękuję wszystkim, którzy mi pomogli), rozmawiałam z wieloma osobami, kupiłam jakieś dwadzieścia kilogramów książek o fabrykantach, Rudzie Pabianickiej i Łodzi, drugie tyle o Polsce w latach międzywojennych.

Później spędziłam kilka dni w Łodzi z mamą i dzieciakami. Zakochałam się w tym mieście. Mieszkaliśmy w pięknych, pofabrycznych loftach blisko Księżego Młynu, codziennie zwieszaliśmy inną część Łodzi. Muzea, ulice, piękne, industrialne wnętrza. Bardzo nam się podobało.

Ale wtedy jednak nie byłam do końca przekonana.

Potem jeszcze raz pojechałam w tamte rejony. Tym razem z  mężem. (…)

To musiało być to miejsce. Ten dom, ten las. Stawy Stefańskiego, cmentarz, kościół.

Zapewne także dzięki tym starannym studiom autorki otrzymujemy pełnowymiarowe postaci, bardzo ciekawą fabułę, z licznymi wątkami pobocznymi (mój ulubiony zdecydowanie dotyczy zwierząt). „Czereśnie zawsze muszą być dwie” to bardzo wciągająca opowieść, polecam ją Waszej uwadze, z pewnością nie jest to moje ostatnie spotkanie z Magdaleną Witkiewicz!

Ola

Magdalena Witkiewicz, „Czereśnie zawsze muszą być dwie”, Wydawnictwo Filia, Poznań 2017 r., ilość stron: 489.

2 myśli nt. „Magdalena Witkiewicz, „Czereśnie zawsze muszą być dwie” – RECENZJA

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *