Luca D’Andrea, „Lissy” – RECENZJA

Surowy klimat pogranicza austriacko-włosko-szwajcarskiego, góry, zima i zło czające się w mroku. W swojej drugiej powieści, „Lissy””, Luca D’Andrea ponownie zabiera czytelników do regionu znanego z debiutanckiej „Istoty zła”. I znowu snuje opowieść klaustrofobiczną, mroczną i bardzo wciągającą…

22-letnia Marlene jest żoną Herr Wegenera, szefa lokalnej struktury mafijnej, człowieka, który nie boi się nikogo i niczego… poza Konsorcjum – tajemniczej i wszechpotężnej organizacji. Dziewczyna postanawia uciec od męża, starannie przygotowany plan komplikuje niefortunny zbieg okoliczności. Najpierw w zdenerwowaniu gubi drogę, a potem wpada w burzę śnieżną i rozbija auto gdzieś na rozległych górskich pustkowiach. Pociągnie to za sobą cały szereg wydarzeń. Nieprzytomną Marlene znajduje Simon Keller i zabiera ją do swojej pustelni, ukrytej wysoko w górach. Tymczasem Wegener odkrywa nieobecność żony, orientuje się, że wraz z nią z sejfu zniknęło coś niezwykle cennego, coś, co nie miało prawa opuścić jego domu, coś, co ściągnie na nich wszystkich śmiertelne zagrożenie. Za uciekinierką wysłany zostaje Zaufany Człowiek – bezwzględny morderca, który ma tylko jedno – nieodwołalne – zadanie. Zabić. Zaczyna się dramatyczny wyścig z czasem…

Luca D’Andrea w swojej drugiej powieści tworzy klimat znacznie bardziej mroczny i niepokojący niż w „Istocie zła”. Pełna niedopowiedzeń narracja krąży i kluczy – a to wokół teraźniejszości, a to wokół przeszłości bohaterów. Wspomnienia przeplatają się z tym, co dzieje się tu i teraz. Im dalej w głąb fabuły, tym bardziej postaci, a wraz z nimi czytelnik, zagłębiają się w mrok i szaleństwo. Każdy skrywa tutaj jakąś tajemnicę, tkwiącą w przeszłości, nikt też nie jest do końca tym, za kogo się podaje.

Akcję autor ponownie lokuje w regionie Górna Adyga, więcej o niełatwej historii tych ziem pisałam przy okazji recenzji „Istoty zła”, którą znajdziecie tutaj. Tłem wydarzeń są lata siedemdziesiąte XX wieku, D’Andrea umieszcza w powieści wiele szczegółów związanych z niezwykle surowym klimatem tych ziem, szczególnie ciekawe są detale dotyczące życia Bau’rów.

Simon Keller, jak jego ojciec, a przed nim ojciec jego ojca, był Bau’rem.

Bau’r to rolnik, ale też Kräutermandl, myśliwy, leśnik, kucharz, stolarz, hodowca, lekarz, czasem sportowiec i wreszcie kapłan. Przede wszystkim miał być kapłanem. Tam na górze bez wiary umierało się z samotności i ciszy. Wiara pozwalała wypełnić odpowiedziami białe okresy długich, niekończących się zim. Bau’r był panem gór.

Dodatkową warstwę tworzą liczne nawiązania do fantastyki – legend, podań ludowych i baśni braci Grimm, co jeszcze bardziej pogłębia klimat „Lissy”. Sferę tę dopełnia wiara w Boga – to jednak nie miłosierny Stwórca z Nowego Testamentu, ale nieprzejednany, okrutny wręcz w swych wyrokach starotestamentowy Jahwe. Taka wiara jest bardzo wymagająca, trzeba wiele poświęcenia i żarliwości, a w surowych alpejskich pustkowiach nietrudno, żeby przerodziła się w fanatyzm.

Małe.
Zdradzieckie.
Złe.
Koboldy miały niebieskie oczy świecące w ciemnościach. Kochały tylko ciemność. Ciemność i ziemię, w której spoczywały. Zdarzało się jednak, że docierało tam słońce, przeszkadzało im w ich norkach wykopanych we wnętrznościach ziemi.
Światła nie przynosili tam bohaterowie jak Zygfryd, pogromca smoków, ani książęta na białych rumakach, przystojni i uprzejmi, jak ci z bajek, które mama (kiedy jeszcze była mamą) opowiadała Marlene na dobranoc.
Spokój koboldów zakłócali ich najzagorzalsi wrogowie – wątłe skrzaty, wygłodzone, wymęczone, schorowane. Mizerne istotki wepchnięte do jamek w kopalniach znajdujących się w miejscach, których nazwy rozbudzały wyobraźnię.

„Lissy” to bardzo ciekawa, choć dziwna książka. Niepokojąca i przepełniona szaleństwem, które trawi wszystkich bohaterów bez wyjątku. Ów klimat zapada w pamięć, niektóre sceny mogą napawać grozą i naprawdę trudno będzie mi o nich zapomnieć. Autor kolejny raz udowadnia, że prawdziwe zło tkwi nie w postaciach z podań czy legend, ale w człowieku, w odpowiednich okolicznościach zdolny jest on do największych potworności. Zostaje jeszcze kwestia tytułu powieści. „Kochana Lissy, mała Lissy” raz jest małą dziewczynką, innym razem jest… a zresztą, to najlepiej odkryjcie sami!

Ola

Luca D’Andrea, „Lissy”, przełożył Andrzej Szewczyk, Wydawnictwo W.A.B, Warszawa 2018, ilość stron: 431.

Recenzja powstała we współpracy z Wydawnictwem W.A.B.


2 myśli nt. „Luca D’Andrea, „Lissy” – RECENZJA

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *