Miroslav Pech „Mainstream” – RECENZJA

„Mainstream” to kolejna na polskim rynku książka Miroslava Pecha, po pozornie zabawnych i nostalgicznych, a w gruncie rzeczy bardzo głębokich i niepokojących „Uczniach Cobaina”. Wydawca określa nowy tytuł czeskiego autora jako „social porn horror”. I rzeczywiście – są w „Mainstreamie” elementy horroru, są też elementy porno (jedne i drugie – ostrzegam! – tylko dla czytelników o mocnych nerwach). Ale to tylko środki, by wstrząsnąć czytelnikiem, porazić wręcz jego wrażliwość, poczucie estetyki, sprawić, by poczuł się źle, niekomfortowo, by za potwornymi obrazami, których nie da się usunąć spod zamkniętych powiek, pojawiły się uporczywe myśli. O kondycji człowieka i jego społecznych relacjach, o rolach, jakie na siebie przyjmuje, o deficytach rodziny i skutkach rodzinnych niedostatków, o przedmiotowym traktowaniu ciała… Refleksji tych może być znacznie więcej, bo książka – pomimo niewielkich rozmiarów i prostej formy – ukrywa wiele sensów. To bardzo bolesna i trudna lektura, ale też bardzo dobra. A zatem? Jesteście gotowi na jazdę bez trzymanki? Macie odwagę? Oczekujecie od książki czegoś więcej niż rozrywki i ładnej formy (bądź po prostu nie oczekujecie rozrywki i ładnej formy)? Proszę bardzo, takiej książki, jak „Mainstream”, prawdopodobnie jeszcze nie czytaliście.

O czym jest „Mainstrem”? Autor zdaje się podawać temat na tacy. Mamy młodą rodzinę, kobietę, mężczyznę i niemowlę.

Ma na imię Maciej. Ma trzydzieści dwa lata, a dziś po południu przeczytał e-maila.

Żona ma na imię Klara. Ma trzydzieści jeden lat i właśnie włożyła dziecko do wanienki.

Córka ma na imię Sara i ma niecałe dwa miesiące. W zeszłym tygodniu po raz pierwszy uśmiechnęła się do Macieja.

Czyli wszystko jasne. Przeciętna rodzina, której pozorny spokój burzy obrzydliwa wiadomość. Mężczyzna otrzymuje pornograficzne zdjęcia swojej żony. Uświadamia sobie, że właściwie nie wie, kim ona jest, jaka jest jej przeszłość, czy dziecko jest jego. Czy wcześniej jednak, zanim przeczytał e-maila, wszystko było dobrze? Otóż na pewno nie. Wiadomość była tylko bodźcem do otwarcia puszki Pandory, do odblokowania traumatycznej przeszłości, niszczących wspomnień, niespełnionych ambicji. Rodzina miała być prawdopodobnie ratunkiem dla tych dwojga. Okazała się domkiem z kart. Układem społecznych ról, który tworzą nieznający się nawzajem ludzie, jak mówi Maciej: „obcy”, niemający płaszczyzny porozumienia, męczący się w tej relacji. Wyjeżdżają do daczy ojca Klary, by spędzić tam Boże Narodzenie. I zaczyna się piekło.

Ale piekło to nie tylko tu i teraz bohaterów, nie tylko makabra, która rozgrywa się w odludnej, zimowej scenerii. Piekło jest także w ich głowach. Niektóre wspomnienia są przywołane ze szczegółami (o których czytelnik chciałby zapomnieć natychmiast po przeczytaniu), innych zaledwie można się domyślać. Dość, że przeszłość miesza się z teraźniejszością. I trudno już udawać normalność, choć pojawia się choinka i prezenty… to raczej makabreska. Czym jest normalność zresztą, czym jest mainstream? Co kryje się pod powierzchnią pozorów tej czy innej rodziny?

Książka Miroslava Pecha jest bardzo niewygodna. Jak wspominałam – trudna i nie dla każdego. Autor wychodzi poza tradycyjny horror, kłuje w oczy okrucieństwem, pornografią, wulgarnością. Jednak nie to boli najbardziej. Boli niepokój i rodzaj przejmującego smutku, który zdaje się z niej przemawiać.

Bardzo interesująca jest także warstwa formalna książki. Akcja rozwija się początkowo dość niespiesznie, by z czasem przyspieszyć, z opowieści obyczajowej przeistacza się w makabrę graniczącą z absurdem. Niemniej autor niepokoi czytelnika od pierwszych stron, od motta właściwie zaczerpniętego z elementarza dla dzieci:

Mama mieli mięso.

Tytuły rozdziałów: Jeden, Dwa, Trzy… itd. – to jakby odliczanie, czekanie na coś, co musi się wydarzyć. Powracają i drażnią motywy: głodu, mięsa, ciała, rodziny. Narracja, prowadzona z dwóch punktów widzenia: w części pierwszej – Macieja, w części drugiej – Klary, uwypukla przepaść pomiędzy bohaterami, pokazuje, jak bardzo nie rozumieją siebie nawzajem. Postać niewinnego dziecka zaś, rozkosznego, kochanego, tworzy dodatkowy kontrast dla okrucieństwa i brzydoty, których doświadczają dorośli bohaterowie. Nic w tej książce nie jest jednak oczywiste, jakby w „Mainstreamie” (bardziej niż w „Uczniach Cobaina”) Miroslav Pech celowo pogrywał sobie z czytelnikiem.

Wreszcie tym, co szczególnie przejmuje w dziwnym horrorze czeskiego autora, jest realność jego opowieści. Sporo w niej ironii, czarnego humoru, sporo makabrycznej groteski i obrazów tak przerażających, że aż niewiarygodnych. A mimo to, może za sprawą surowego stylu, może narracji w czasie teraźniejszym, a już na pewno szczególnego talentu pisarza – trudno oprzeć się wrażeniu, że to mogło wydarzyć się naprawdę.

Bardzo ciekawa i oryginalna, bardzo przejmująca i niemożliwa do wymazania z pamięci pozycja.

A.

Miroslav Pech, „Mainstream”, tłum. Mirosław Śwmigielski, Stara Szkoła, 2018, liczba stron: 112.

Recenzja powstała we współpracy z wydawnictwem Stara Szkoła.


Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *