Michal Viewegh, „Ekomąż” – RECENZJA

Co może być zabawnego w pęknięciu aorty, wielomiesięcznej rehabilitacji i rozpadzie całego życia? Niewiele… chyba, że pisze o tym Michal Viewegh. Pisarz ma wyjątkową zdolność do ironicznego spojrzenia na rzeczywistość i przede wszystkim na samego siebie. W swojej najnowszej powieści „Ekomąż” wraca do wykorzystanego w „Ekożonie” alter ego – douli, która prowadzi narrację. Tym razem jednak przygląda się nie kobietom, ale mężczyznom, z ich słabostkami, nałogami, (nie)umiejętnościami wychodzenia z życiowych zakrętów i porażek. Jest przezabawnie, autor jeszcze ostrzej chłoszcze sarkazmem czytelnika, ale powieść niewątpliwie ma w sobie kilka innych warstw. Te zaś będziesz musiał odkryć Czytelniku samodzielnie,  do czego bardzo Cię zachęcamy!

Mojmir, jak już wiemy z wcześniejszej powieści Viewegha – „Ekożony” (nasza recenzja tutaj), to bardzo znany czeski pisarz, który wiedzie życie usłane sukcesami, ze śliczną żoną, Hedviką, oraz dwiema uroczymi córkami u boku. Wszystko jednak zmienia się wraz z pojawieniem się w życiu małżeństwa „tej trzeciej”, czyli douli*. Nie tylko zamieszkuje w ich domu, ale wywraca ich życie do góry nogami. Małżonka bardzo znanego pisarza staje się feministką, żyjącą w zgodzie z rytmem natury, odkrywa przy tym rozliczne zainteresowania (żadne z nich nie jest związane z mężem), jednym słowem staje się „ekożoną”. Wszystko to okazuje się jednak zaledwie przygrywką do kłopotów, które stają się udziałem Mojmira w „Ekomężu”.  Otóż, pisarz postanawia – pod wpływem książki „Born to run” wziąć udział w praskim maratonie. Zaczyna solidne przygotowania, poprzedzone nawet konsultacją u lekarza, niemal na linii mety upada jednak, trafia do szpitala z pękniętą aortą i umiera. Wysiłek dla pięćdziesięcioletniego ciała, niezbyt szanowanego w dodatku przez niedoszłego właściciela, okazał się zbyt duży. Ale… ku zdumieniu lekarzy, uciesze Hedviki i rozczarowaniu douli, Mojmir wraca do żywych. Wraca, ale jakby był jednak kimś innym. Rozpoczyna żmudną rehabilitację, okrywając przy tym, że jego charakter, upodobania, możliwości (także twórcze) – wszystko to stało się częścią dawnego życia. Myśli przy tym niejednokrotnie, że to wspaniale, że przeżył, ale kim do cholery jest ten nowy Mojmir?

Później, kiedy jest już zdolny do minimalnej autorefleksji, Mojmir pisze o tym szalonym okresie: „Mój mózg przestał być zwyczajnym urządzeniem rejestrującym i stał się czymś na kształt kamery do nagrywania filmów sci-fi klasy B, pełnych dziwacznych, lecz nudnych wątków i nielogicznych zwrotów akcji.

Spodziewałby się – pisał dalej, że omamu chorego mózgu pisarza będą przynajmniej trochę bardziej pomysłowe, kreatywne, wysmakowane, a przede wszystkim zabawniejsze… Cóż to za omam, w którym on, ambitny artysta, od początku do końca macha tylko nogami w strumyku? (Bowiem to właśnie śniło mu się przedwczoraj.) Jeśli już ma nieprawdziwe, zdeformowane sny, wizje, czy wspomnienia, dlaczego nie są chociaż dzikie, niezwykłe i podniecające? Na przykład jak po LSD? Dlaczego nawet pisarzowi, czyli logicznie rzecz biorąc człowiekowi z ponadprzeciętną fantazją, jego sparaliżowany mózg- ale również w pewnym sensie uwolniony mózg – nie serwuje ciekawszych halucynacji, niż ta, że nie był operowany w klinice, tylko w jakimś dziwnym ośrodku wojskowym w Kormoním Hrádku? Skąd na Boga takie coś wzięło się w jego głowie? – pyta zaskoczony Mojmir. Dlaczego z równą wiarygodnością nie wydaje mu się, że siedzi w tawernie na Hvarze, popijając schłodzony Plavac mali? I dlaczego zamiast takich przyjemnych wizji jest teraz pewien, że jeszcze przed chwilą leżał na jakimś placu zabaw i obtaczał w piasku psie, czy może nawet ludzkie gówno…?

Rozmaite zabiegi terapeutyczne i rehabilitacyjne, które przechodzi pisarz, nie przynoszą spodziewanego rezultatu. Zaczyna zatem – ON, bardzo znany pisarz, kpiący bezlitośnie dotychczas ze wszelkich tego rodzaju metod – sięgać po medycynę alternatywną, od leków homeopatycznych, przez numerologię, aż po usługi wszelkiej maści uzdrowicieli. Powrót Mojmira do dawnego siebie, czyli do zdrowia, wygląda mniej więcej tak:

Więc kiedy następnym razem jakaś uzdrowicielka wmawia mu, że chorą pamięć najlepiej i najszybciej Mojmir wyleczy tak, że dwa razy dziennie poprosi kogoś bliskiego o stukanie piętnaście minut łyżką w kufel na trzy różne sposoby, a on będzie szybko odpowiadać, czy chodziło o ptaka (na dole, na górze, na dole), słonia (na dole, na dole, na górze) czy żyrafę (na dole, na górze, na górze), nasz pacjent ku wszechobecnemu zdziwieniu bez większych protestów postanawia spróbować.

Przez dwa tygodnie (dłużej nie wytrzymuje) Mistrz zaskakująco sumiennie ćwiczy…

Ale kiedy opadną już opary absurdu, a wszelkie – nawet najbardziej wydziwione (i zabawne przy tym) terapie, okażą się nieskuteczne (a może jednak?), Mojmir musi zmierzyć się z prawdą o sobie i o własnym życiu. A przynajmniej tym, co mu z owego życia pozostało.

Trudno, analizując najnowszą powieść Michala Viewegha, uciec od rozważań, na ile pisarz pisze o sobie, a na ile jest to tylko literacka zabawa z czytelnikiem i formą. Podobieństw jest przecież wiele. Wiadomo, że autor „Ekomęża”, podobnie jak Mojmir, przeszedł pęknięcie aorty, śmierć kliniczną, wieloletnią rehabilitację i depresję, rozpadło się także jego małżeństwo. Pewne jest, że dzięki narracji prowadzonej przez doulę, pisarz może pozwolić sobie na niesłychany dystans do rzeczywistości i samego siebie. Czytelnika ubawią liczne autoironiczne stwierdzenia padające chociażby w stosunku do własnych zdolności twórczych („Cha cha! (Ale mam dziś wenę!)” albo „Cha, niezłe zdanko mi wyszło, co?”), w ogóle powieść czyta się błyskawicznie, nie tylko ze względu na jej niewielkie rozmiary, ale właśnie i na cięty język Viewegha.

Nie umiem rozstrzygnąć, czym właściwie jest „Ekomąż” Michala Viewegha. Sarkastyczną spowiedzią kurwiarza, pijaka i hedonisty, formą autoterapii dla celebryty i najpopularniejszego pisarza w Czechach, czy może autor postanowił zakpić sobie z nas wszystkich (a najbardziej z samego siebie). Po lekturze mam jednak przekonanie, że ta bezlitosna chłosta ma drugie dno, obnaża słabości mężczyzn, pozwala na pewną refleksję o związkach i małżeństwie w ogóle, także i o kobietach, że autorowi, poza pastwieniem się nad swoim alter ego, chodzi o coś jeszcze. O co jednak, to każdy czytelnik dociec musi sam.

Ola

*doula – kobieta wspierająca kobiety w czasie ciąży, porodu i połogu

Michal Viewegh, „Ekomąż”, przekład Mirosław Śmigielski, Wydawnictwo Stara Szkoła, Wołów 2017, ilość stron: 199. PATRONAT ZABOOKOWANYCH!

2 myśli nt. „Michal Viewegh, „Ekomąż” – RECENZJA

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *