Zygmunt Miłoszewski „Jak zawsze” – RECENZJA

O tej książce zrobiło się głośno pod koniec 2017 roku. I nic dziwnego. Kiedy znany i ceniony pisarz kryminałów zabiera się za gatunek zgoła odmienny i otwarcie zapowiada, że nowa książka nic wspólnego z kryminałem mieć nie będzie, czytelnicy, krytycy – cała społeczność miłośników książki (a ta, wbrew opiniom zapowiadającym jej rychły koniec, wciąż jeszcze istnieje) zastanawia się: „A co to takiego?”. No właśnie. Co?

Tu pojawia się pierwszy problem, bo choć sam Zygmunt Miłoszewski podkreśla w wywiadach, że jego „Jak zawsze” opowiada przede wszystkim o wielkiej miłości, powieść ta z pewnością nie jest romansem. A przynajmniej nie jest tylko nim. Gdyby poprowadzić wobec niej rzetelne śledztwo, mające na celu ustalenie gatunku, prawdopodobnie ulokowalibyśmy książkę gdzieś na pograniczu political fiction czy social science fiction, powieści obyczajowej i romansu także. Oczywiście, przynależność gatunkowa z punktu widzenia potencjalnego czytelnika nie ma aż tak dużego znaczenia, jednak publikowane w rozmaitych miejscach informacje na temat najnowszej powieści twórcy trylogii o prokuratorze Szackim mogą tegoż czytelnika wprowadzić w błąd. Tak jak wprowadziły w błąd mnie – sądziłam, że sięgam po lekko napisaną satyryczno-romantyczną komedię, a okazało się, że to misternie utkana literacka gra. Owszem, momentami zabawna, momentami gorzka, przy tym jednak skłaniająca do refleksji, głęboka i przewrotna, świetnie napisana! Jednym słowem: rewelacyjna. A zatem – zajrzyjcie ze mną na krótką chwilę do tej przedziwnej warszawskiej rzeczywistości Miłoszewskiego. Czy będzie jak zawsze?

Mamy taką oto historię. Grażyna i Ludwik, około osiemdziesięcioletnia para małżeńska co roku świętuje rocznicę pierwszego namiętnego zbliżenia. Namiętność bowiem to czynnik, który bez wątpienia scalał ich długi i w gruncie rzeczy udany związek. Gdy jest się staruszkiem u schyłku drogi życiowej coraz trudniej jest jednak namiętność z siebie wykrzesać. To oczywiste. Grażyna i Ludwik, każdy z osobna, muszą więc podjąć szereg odpowiednich kroków, aby ich rocznicowe zbliżenie miało swój pozytywny finał (przebieg tych przygotowań sprawił notabene, że ze śmiechu kilkukrotnie oplułam kartki). Najważniejsze, że – „alleluja – klękajcie narody, alleluja – niech zagrzmią trąby anielskie, niech dzieci rzucają płatki róż przed procesję” – udaje się! Para kochanków zasypia szczęśliwa, a gdy się budzi… nic już nie jest jak zawsze.

Budzą się 50 lat wcześniej, w swoich dawnych – młodych ciałach. A jakby cofnięcie się w czasie nie było wystarczająco dziwnym przeżyciem, zastają świat zewnętrzny (dokładniej rzecz ujmując – Warszawę) w innym miejscu niż była w ich wspomnieniach 50 lat temu. Okazuje się, że dzieje Polski potoczyły się inaczej, że nie podporządkował jej sobie Wschód a Zachód, przede wszystkim Francja. Jest rok 1963. Ludwik rozwija gazetę i czyta tekst:

Historyczna chwila! Prezydent Eugeniusz Kwiatkowski w Paryżu podpisuje Traktat Przyjaźni z Francją i Niemcami. Historia Europy zaczyna się na nowo!

Ciekawe? A to dopiero początek. Warszawa, niby ta sama, zniszczona po wojnie, wygląda inaczej. Nie ma Pałacu Kultury, a w miejscu Stadionu Narodowego stoi wieża we francuskich barwach. Zmiana układu politycznego ma naturalnie także swoje konsekwencje społeczne, gospodarcze, nawet językowe. Miłoszewski zachwyca wręcz brawurową, pełną pomysłów zabawą w „co by było, gdyby”. Ale jest w tej przewrotnej grze także ironia, smutna refleksja. Bo może jednak jest jak zawsze? Wszak – jak twierdzi Ludwik – „Historia ludzkości dowodziła, ze wszelkie zmiany i alternatywy rzadko bywały lepsze, w najlepszym przypadku równie krwawe i bezsensowne”.

Alternatywna wizja historii Polski to jednak drugi plan tej opowieści. Na pierwszy wysuwa się rzeczywiście historia ludzka. Czy para bohaterów, mając mentalnie osiemdziesiąt lat, ciała zaś trzydziestolatków, faktycznie znajduje się w wymarzonej sytuacji? Wydaje się, że mając wiedzę i doświadczenie, a przy tym zdrowie i siłę, mogą wszystko. Mogą zacząć od nowa, pójść w innym kierunku, naprawić, co było złe albo poznać to, czego nie doświadczyli. Razem lub osobno (bo skoro przeżyło się życie z jednym człowiekiem, to może drugie spróbować z kimś innym?). Unikną dawnych błędów? A może będzie jak zawsze?

Mnóstwo pytań stawia powieść Miłoszewskiego przed czytelnikiem. Pytań dotyczących człowieka i całego społeczeństwa. Te dwie sfery przenikają się zresztą, bo główni bohaterowie symbolizują odmienne postawy życiowe. Grażyna jest odważna, żądna przygód, zmiany, Ludwik – przywiązany do tego, co znane, znacznie bardziej zachowawczy. Jaki kierunek jest lepszy? A z drugiej strony – jak rozwija się cywilizacja, do czego dąży?

Przede wszystkim jednak „Jak zawsze” to wspaniała czytelnicza przygoda. Ileż ciekawych wątków w tej książce, ileż smaczków. Sporo jest erotyki (ale chociaż opowiedzianej wprost, bez owijania w bawełnę, to jednak z dużą sympatią dla bohaterów). Są wątki niemal awanturnicze (Ludwik pragnie wiedzę współczesnego człowieka przekuć na szybkie zdobycie majątku, np. podsuwając pomysł nart karwingowych), jest zabawny wątek literacki, frapujący wątek feministyczny… Przeczytać raz tę książkę, to za mało! To tytuł, do którego mam zamiar wrócić (o ile nie będzie jak zawsze i moje super ambitne czytelnicze plany nie zostaną ograniczone), a Was rzecz jasna zachęcam do lektury.

A.

Zygmunt Miłoszewski, „Jak zawsze”, Wydawnictwo W.A.B., Warszawa 2017, ilość stron: 479.

Recenzja powstała we współpracy z Wydawnictwem W.A.B.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *