M. L. Longworth, „Morderstwo przy Rue Dumas” – RECENZJA

Pogoda nas nie rozpieszcza, a to deszcz i plucha, innym razem nagłe opady śniegu. I jeszcze tak szybko zapada zmrok. Zima, mam takie wrażenie, jest najlepszą porą na zatopienie się w dobrym kryminale, w nieodłącznym towarzystwie puchatego koca i gorącej herbaty. A jeżeli jeszcze kryminał ten jest bardzo sprawnie napisany, a jego bohaterowie co rusz znajdują okazje do spożycia świetnego posiłku czy napicia się dobrego wina, to sprawa wydaje się oczywista. Dokładnie taką książką jest kolejny tom cyklu „Verlaque i Bonnet na tropie” M. L. Longworth, „Morderstwo przy Rue Dumas”, Wydawnictwa Smak Słowa. Jeżeli czytaliście pierwszą część cyklu (której recenzję znajdziecie tutaj), sięgnijcie koniecznie po „Morderstwo”, jeżeli nie, to nie martwicie się. Możecie spokojnie zacząć od tej pozycji, a potem nadrobić zaległości.

Akcja powieści ponownie umiejscowiona jest na południu Francji, w mieście Aix-en-Provence. Tym razem jednak wydarzenia związane są przede wszystkim z lokalnym środowiskiem uniwersyteckim. Na tutejszym Wydziale Teologii dziekan (czyli doyen) Moutte wydaje właśnie przyjęcie z okazji swojego przejścia na emeryturę. Ma przy tym ogłosić, kto będzie jego następcą. Oczekiwanie na tę informację rozgrzewa do czerwoności grono zażywnych profesorów i ambitnych studentów. Nie jest to bowiem zwykły awans na wyższe stanowisko.

Stanowisko to wiązało się z wysokim wynagrodzeniem, wieloma urlopami naukowymi oraz prawem do użytkowania historycznego, dwustumetrowego mieszkania, w którym teraz się znajdowali. Jego okna wychodziły na plac, który zdaniem wielu mieszkańców Aix mógł się poszczycić najpiękniejszą fontanną w mieście – les Quatre Dauphins. Poza freskami, które z góry przyglądały się mieszkańcom, to lokum oferowało jeszcze jedną atrakcję: w ogrodzie otoczonym trzymetrowym kamiennym murem kryło się coś wyjątkowego, o czym w lecie słyszano w Aix, lecz nikt tego nigdy nie widział. Tą unikatową rzeczą był basen.

Profesor Moutte w środku własnego party beztrosko oznajmia, że się rozmyślił i będzie nadal piastował funkcję dziekana wydziału. Zaskoczeni goście prędko się rozchodzą, a rano profesor zostaje znaleziony martwy, we własnym gabinecie. I tutaj do akcji wkracza przystojny śledczy Verlaque wraz ze swą piękną partnerką, profesor prawa, Marine Bonnet. Zadanie jest oczywiste – znaleźć mordercę. Prędko okazuje się, że świat nauki wcale nie jest taki nudny, ludźmi tu pracującymi targają wielkie namiętności, szczególnie, gdy w grę wchodzą ambicje, kariera i spore pieniądze. A może zabójcą był ktoś zupełnie z zewnątrz? Szczególnie, że szybko wychodzi na jaw dodatkowy wątek handlu dziełami sztuki.

M. L. Longworth, w swojej drugiej powieści, wyraźnie nabrała pewności siebie. Intryga kryminalna została znacznie sprawniej poprowadzona niż w pierwszej części cyklu, wszystkie wątki są bardzo ciekawe i – jak przystało na dobry kryminał – wszystkie splatają się w zaskakującym finale. To spore zaskoczenie i duży pozytyw. Drugim było subtelne poczucie humoru, wyczuwalne na kartach książki, którego nie zauważyłam w pierwszej części.

Autorka ma przy tym umiejętność oddania klimatu i sposobu życia Francuzów. Jej bohaterowie uwielbiają dobre jedzenie, co rusz raczą się jakimś smakowitym posiłkiem, nie stronią również od dobrego wina, przepadają za kawą.

– Jacques, czy ty przypadkiem w poprzednim wcieleniu nie byłeś Szkotem? – zapytał Madani ze śmiechem. Jednocześnie zerkał przez ramię Verlaque’a na tuziny butelek whisky wyeksponowanych za barem.

– O tak, myślę, że tak – odparł restaurator z powagą, która zaskoczyła dwóch gości. Jacques przez chwilę patrzył w przestrzeń, jak gdyby wyobrażał sobie wyspę Islay, i powiedział: – Jeanne przygotowała dzisiaj krewetki z tapenade z karczocha. Jako główne danie serwuje swoją francuską potrawę podaną z makaronem, za którym, jak mi wiadomo, pan przepada, panie sędzio.

Verlaque uwielbiał duszoną wołowinę Jeanne. Mięso pochodziło z Camargue, szefowa kuchni dodawała do niego szczodrą porcję skórki pomarańczowej i pomidorów, które marynowała przez całe lato. Ale nigdy nie mógł zrozumieć prowansalskiego upodobania do makaronu z duszonym mięsem. – Brzmi wspaniale, ale wolałbym ziemniaki zamiast makaronu.

Jacques uśmiechnął się: Jeanne zrobiła makaron, monsieur le juge.

– W takim razie poproszę makaron. I rozpocznę od tej samej whisky, którą pije mój przyjaciel, twórca filmowy.

Szczególnym smakoszem jest dość snobujący się Verlaque, jego zapędy tonuje budząca sympatię partnerka, Marine. Muszę powiedzieć, że ta warstwa książek M. L. Longworth w ogóle podoba mi się najbardziej. Co tam poszukiwania morderców, najpierw trzeba coś zjeść i napić się porządnej kawy. Są tu nie tylko fantastyczne opisy posiłków, ale też masa drobnych szczegółów, wpływających na klimat powieści. A to stylowa filiżanka, a to kryształowe kieliszki po babci do grappy, ozdobione ważką. Czytając jej książki można się naprawdę poczuć niemal jak na wakacjach w Prowansji.

Gorąco zachęcam Was do sięgnięcia po „Morderstwo przy Rue Dumas”, to dobry kryminał, ze świetną warstwą obyczajową w tle. Już nie mogę się doczekać kolejnego tomu cyklu.

Ola

M. L. Longworth, „Morderstwo przy Rue Dumas”, przekład Małgorzata Trzebiatowska, Wydawnictwo Smak Słowa, Sopot 2018, liczba stron: 299.

Recenzja powstała we współpracy z wydawnictwem Smak Słowa.

2 thoughts on “M. L. Longworth, „Morderstwo przy Rue Dumas” – RECENZJA

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *